U NAS
____________________-_______________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
PISMO ODDZIAŁU DOLNOŚLĄSKIEGO
KATOLICKIEGO STOWARZYSZENIA „CIVITAS CHRISTIANA”
___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Nr 1(36) * Rok (VIII) 2001 * styczeń
______________________________________________________________________________
Sebastian
Grabowiecki
Z królów chaldejskich trzej
wieszcze niosą-ć dary
Z królów chaldejskich trzej wieszcze niosą-ć dary,
W Trójcy jedynemu potrójne ofiary,
Bierz mirrę, żeś człowiek, złoto, żeś król wieczny,
Kadzidłem wyznawa Boga smysł serdeczny.
Nieba oświadczają nowych gwiazd
jasnością,
Anjeli śpiewaniem i wielką
radością,
Pasterze, lud prosty
Zbawicielem znają,
Przed swym Stworzycielem
źwierzęta padają.
A ja,
nędzny robak, co-ć, Panie, przynoszę?
Ból,
wzdychanie z łkaniem. Przyjmi z łaską, proszę,
Mój
ucisk potrójny, a w Trójcy jedyny,
Pomóż,
bym uchodził twych gniewów przyczyny.
===================================================================
Stowarzyszenie „Civitas
Christiana” we Wrocławiu jako organizacja reprezentująca sektor pozarządowy
– już od ponad trzech lat prowadzi działalność pro-odrzańską w szerokim tego
słowa znaczeniu. Miała ona głównie charakter popularyzatorski, związany z
budowaniem lobbingu i prowadzeniem edukacyjnej kampanii odrzańskiej. Stwarzaliśmy
przede wszystkim warunki i platformę do szerokiej, społecznej i wolnej dyskusji
na tematy związane z rzeką Odrą, jej związkami z Wrocławiem, w szerokim
kontekście historycznym, kulturowym, społecznym, gospodarczym i przyrodniczym.
Były także inspirowane przez nas i współorganizowane działania spektakularne.
Wspomnę tutaj chociażby o
niezapomnianym w naszym środowisku, historycznym już rejsie po Odrze, z
udziałem J. Em. Księdza Kardynała Henryka Gulbinowicza, we wrześniu ub. roku.
Czy też o bardzo udanej sesji popularno-naukowej poświęconej problematyce
historyczno-kulturalnej Odry pt. „Odra –
Kultura - Historia”, w maju br.
Niemniej jednak, jak
twierdzi p. Dyrektor Grzegorz Roman – „Odra jest wciąż mało rozpoznana, a
problem związków miasta z rzeką pozostaje otwarty i wymaga prowadzenia ciągłych
prac diagnostycznych oraz perspektywicznych. Szczególnie istotne wydają się
zagadnienia związane z ekologią czy bezpieczeństwem przeciwpowodziowym. Żywię
głęboką nadzieję – pisze dyr. Roman – że w najbliższej przyszłości na
rynku pojawią się kolejne publikacje o charakterze popularnym i
popularno-naukowym, zwracające uwagę na problemy odrzańskie korzystnie
rozwiązywane w przyszłości.” (Wrocław a Odra, 1999 – Przedmowa)
Sądzę także, iż nasza
skromna rola, jaką próbowaliśmy odgrywać, patrząc na Odrę, jako dobro
wspólne, polegała na tym, aby optyka widzenia reprezentantów szerokiej
opinii publicznej Wrocławia i Dolnego Śląska, coraz bardziej zbliżała się do
tego, co proponują ludzie odpowiedzialni za Odrę – nie tylko przedstawiciele władzy,
ale także fachowcy, specjaliści, działacze sektora gospodarczego i ekolodzy.
Innymi słowy, aby Program dla Odry 2006 – spełniał pokładane w nim
nadzieje. W jego Preambule napisano: „Udział społeczeństwa w
kształtowaniu Programu umożliwiać będzie jego bieżącą weryfikację i ewolucję.
Jak każdy program wieloletni, będzie on wymagał corocznej ewaluacji i
aktualizacji, w zależności od potrzeb oraz stopnia zaawansowania.” (w: Strategia
modernizacji Odrzańskiego Systemu Wodnego, Preambuła, s. 5/28)
Także kończące się obchody Milenium
Wrocławia, „miasta nad piękną i groźną Odrą – jak stwierdził Ksiądz
Kardynał Gulbinowicz, w czasie centralnych uroczystości milenijnych na Rynku
wrocławskim – Miasta, które zawsze pełniło funkcje metropolitalne, jak mówią
historycy, w wymiarze gospodarczym, społecznym, kulturalnym i
administracyjnym.”
Toteż kompletny system
zagospodarowania Odry, zawarty we wspomnianym już Programie – musi
akcentować w swoim zintegrowanym rozwoju, także walory kulturowe, być
może mało doceniane, a związane, jak napisano w Programie: z ochroną
i propagowaniem zasobów dziedzictwa kulturowego. Ważne są również, z
naszego punktu widzenia funkcje społeczne, nie tylko „dla
umożliwienia dalszego funkcjonowania obiektów powiązanych z Odrą, zachowania
miejsc pracy itp.” – ale dlatego, że „Odra nauczyła nas respektu” i
doświadczyła namacalnie w czasie pamiętnej powodzi. Te funkcje są szczególnie
bliskie naszemu Stowarzyszeniu i wielu innym organizacjom trzeciego
sektora, których współudział w kreowaniu polityki regionalnej będzie wzrastał a
nawet stanie się niebagatelny.
======================================================================
Tytuł niniejszego artykułu świadomie nawiązuje do słynnej książki Romana Dmowskiego, która powstała u początków naszego wieku. Jednak wydaje się, że w dzisiejszych czasach problem postawiony przez tego wielkiego polityka nie zaniknął o czym może świadczyć wiele czynników, o których być może warto by było napisać w ramach szerszej publikacji będącej czymś w rodzaju drugiego tomu tego politycznego dzieła. Bezpośrednią inspiracją dla powstania tego tekstu nie są jednak ogólne refleksje, które naszły akurat piszącego lecz konkretny tekst opublikowany nie 100 lat temu, lecz w październiku roku 2000, w rosyjskiej „Niezawisimoj Gazecie”, a w naszym kraju mógł się ukazać w tygodniku „Forum”, piśmie zajmującym się przedrukami z prasy zagranicznej, w numerze z dnia 10 grudnia 2000 r. Chodzi tu mianowicie o artykuł pt. „Niemcy, Rosja Polska i ...” którego autorem jest niemiecki biznesmen Peter Daublebski. Kwestia autora nie jest tu bez znaczenia gdyż wydaje się, że tezy postawione w tekście w jakimś stopniu odzwierciedlają styl myślenia niemieckich kręgów przemysłowych i czytając publikację należy o tym pamiętać.
Przejdźmy do konkretnej
analizy tego swoistego manifestu geopolitycznego. Na wstępie jego autor wyraża
opinię, iż przyjęcie do NATO wschodnich sąsiadów Niemiec jest dla jego kraju
nałożeniem na niego dodatkowych obowiązków w postaci wzięcia na jego barki
obowiązku obrony tych nowych sojuszników w ewentualnym konflikcie „atomowym
supermocarstwem - Rosją. Po drugie - Niemcy wspierają rysujący się znowu
podział Europy, polegający na odsunięciu Rosji, gdyż każdy dobrze wie (choć
nikt nie mówi tego głośno), że rozszerzenie NATO na wschód wymierzone jest
przeciwko Rosjanom”. Waga tej oceny wydaje się niezwykle duża, przede wszystkim
jej autor, wprost zarzuca zachodnioeuropejskim a także częściowo i polskim,
politykom obłudę kiedy głoszą tezę iż, NATO nie jest wymierzone przeciwko
komukolwiek, przede wszystkim zarzuca on swemu własnemu rządowi, iż wziął na
siebie zobowiązania sojusznicze, które wcale nie muszą być zgodne z punktem
widzenia autora, co przejawia się w dalszej części tekstu, gdzie stwierdza on,
„Niemcy, nie będąc mocarstwem atomowym, nie mogą i nie powinny być obrońcą
Polski. Taką rolę pełnić mogą jedynie mocarstwa atomowe... winniśmy zrobić
wszystko, co tylko możliwe, by nie dać się wciągnąć w wojnę”. Widzimy jak mocne
słowa padają, czy raczej wychodzą spod pióra jak się wydaje niemieckiego
patrioty, który w ten sposób manifestuje konieczność nie uczestniczenia Niemiec
w antyrosyjskich, w jego mniemaniu strukturach NATO, czy przynajmniej jak
najdalej idącego blokowania takich ewentualnych działań, jednocześnie
sygnalizuje on Rosjanom, do których w końcu tekst jest przeznaczony, iż
logicznie rozumujący Niemcy i przyjaciele Rosji nie solidaryzują się z tym
wszystkim co dzieje się w pakcie Północnoatlantyckim i wymierzone jest w Rosję,
jest to jak gdyby publiczne umycie rąk. W całym zaprezentowanym tu sposobie
rozumowania należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny element, mianowicie
autor widzi konieczność opieki nad Polską kogoś kto jest mocarstwem atomowym, a
więc po pierwsze zakłada, iż w przyszłości będzie miał miejsce konflikt atomowy
a przynajmniej straszak tego rodzaju będzie istotnym czynnikiem w polityce
międzynarodowej, a po drugie odrzuca on koncepcje Polski jako państwa w pełni
suwerennego na rzecz czyjegoś protektoratu. Dodajmy, że już parokrotnie w
historii na styku Rosja- Niemcy taki scenariusz powstawał a nawet był on
realizowany politycznie, np. w wieku XVIII, kiedy efektem końcowym była
likwidacja państwowości polskiej, czy później kiedy to Prusy zaakceptowały
Rosyjską opiekę nad okrojoną formą Królestwa Polskiego istniejącego w zasadzie
pomiędzy rokiem 1815-1831. Inny model zagospodarowania Polski w ramach układu
rosyjsko-niemieckiego obowiązywał w latach 1939-41, kiedy również zdecydowano
się na „opiekę” bez konstruowania polskiego państwa. Wszystkie te działania
miały jedną myśl przewodnią: Polska nie ma być suwerennym organizmem lecz
przedmiotem gry Rosji i Niemiec, które sprawę tego narodu i tego obszaru
geograficznego muszą jakoś między sobą załatwić, omawiany artykuł w prosty
sposób wpisuje się w taką właśnie tradycję. Jakby tego było mało, pan
Daublebski idzie jeszcze dalej i przedstawia możliwy scenariusz konfliktu NATO
- Rosja, który może mieć miejsce jeżeli nie zostanie zrealizowany jego scenariusz.
„Załóżmy, że Rosja poczuje się izolowana i zagrożona przez rozszerzające się
NATO. Władzę przejmuje nacjonalistyczny rząd, który z powrotem zagarnia byłe
republiki radzieckie; pod kierownictwem typu Żirinowskiego wybucha wojna z
Polską, wywołana na przykład konfrontacją z Ukrainą. NATO (a więc także Niemcy)
wypełniając swój sojuszniczy obowiązek, niezwłocznie angażuje się w ten
konflikt. Czy w takiej trudnej sytuacji można oczekiwać, że Rosja, znacznie
ustępująca krajom NATO pod względem gospodarczym i potencjału ludzkiego, będzie
prowadziła tę wojnę środkami konwencjonalnymi - wiedząc z góry, że musi ją w
takim przypadku przegrać? Dokonując ataków atomowych na bazy wojskowe i linie
komunikacyjne na terytorium Niemiec, Rosja nie zaryzykuje zbyt wiele, ma
natomiast szansę wygrać wojnę doprowadzając do tymczasowego rozejmu, który
potem trwać może dziesiątki lat. Po co zachodnie mocarstwa atomowe miałyby
dokonywać uderzenia atomowego na Rosję - tym samym popełniając samobójstwo? W
imię solidarności z Niemcami? Byłoby to absurdalne i nie odpowiadałoby żywotnym
interesom ich narodów”. Wyrażone powyżej przemyślenia wydają się być wręcz
makabryczne, wręcz jest to wizja konfliktu mogącego być czymś w rodzaju III
wojny światowej i być może należałoby opisany tu scenariusz potraktować
poważnie, także, a może przede wszystkim w naszym kraju. Jednak autorowi z
pewnością nie chodziło wcale o ostrzeganie polityków polskich by szukali dla
siebie i swego kraju jakiegoś rozwiązania, by ustrzec się przed katastrofą, jeżeli
jednak gdzieś taki również zamysł tkwił w umyśle autora to trzeba by przyznać,
że jest to człowiek niezwykle sprytny. W każdym razie opisana sytuacja jest
kolejną sygnalizacją która może być przez Rosjan odczytana w sposób
następujący: „My uczciwi Niemcy nie chcemy tego, ten konflikt nie będzie naszą
wojną”. Autor wyraża tu też inną myśl skoro obrona Polski przez Niemcy jest dla
tych ostatnich sprzeczna z ich żywotnymi interesami a z kolei obrona Niemiec
przed Rosją nie leży w interesie innych narodów konstruujących NATO, to sam
sojusz zdaje się być fikcją, być może nawet tak należy widzieć cytowany opis, z
którego Rosjanie mogą się dowiedzieć, że NATO jako całość nie prezentuje sobą
żadnej generalnej koncepcji obrony wszystkich swych sojuszników, być może nawet
jest to prawda, a wtedy pytanie, które należałoby postawić powinno brzmieć, czy
w naszym Polskim interesie narodowym leży powierzenie mu swego bezpieczeństwa,
skoro poważne Rosyjskie gazety drukują takie teksty poważnych, jak się wydaje,
niemieckich przedsiębiorców, którzy decydują się na upominanie niemieckich
polityków, którzy w ich skądinąd słusznym mniemaniu „powinni dbać o interesy
Niemiec. Żaden naród, w tym Niemcy, nie mają obowiązku przedkładać interesów
innych narodów nad własne, a tym bardziej czynić z samych siebie ofiary dla
dobra innych narodów” oraz postulaty iż „strategicznym celem polityki
zagranicznej Niemiec powinno stać ścisłe, przyjazne partnerstwo z Rosją ...
Dlatego w centrum długofalowej polityki Niemiec winna stać kwestia włączenia
Rosji do Europy w celu utworzenia Europy od Irlandii do Władywostoku”. Możemy
się tylko domyślać bądź na zimno kalkulować, że przywództwo takiego tworu
należałoby do dwu największych narodów tego układu, zresztą wydaje się, że
wcale nie chodzi o tzw. Unię Europejską, która w tym wszystkim jest przedmiotem
pewnego planu i tak jak NATO nie stanowi jednolitego ciała zdolnego kierować
swymi działaniami a tym bardziej perspektywiczne kształtować politykę, w którym
chodzi o gospodarcze i polityczne panowanie nad Europą i Azją i tak naprawdę o
to w całej omawianej enuncjacji chodzi. Można w omówionym tekście znaleźć
bardzo ciekawą analogię do myślenia niemieckiego geopolityka Karla Haushofera,
(1869-1946), który opracował doktrynę panowania nad Eurazją, w której Niemcy,
miały strzec jej flanki zachodniej, Rosja miała sprawować kontrolę nad „sercem
lądu”, a Japonia nad Pacyfikiem, (zob. T Gabiś, Powrót geopolityki, Stańczyk
1(24) 1995). W opisanej układance brak jest jakby jednego czynnika - Japonii,
co jednak nie zmienia meritum sprawy.
Na zakończenie warto jeszcze
raz nawiązać do wspomnianej na wstępie pracy Dmowskiego powstałej w roku 1908,
gdzie znajdujemy następujące stwierdzenia: „Rosja zawsze przedstawiała dla
wyżej rozwiniętych ekonomicznie ościennych Niemiec naturalny rynek zbytu...
Idea opanowania ekonomicznego Rosji zajmuje pierwszorzędne miejsce w widokach
niemieckich i dla osiągnięcia tego celu Berlin niezawodnie byłby gotów na
formalne ustępstwa polityczne, chociażby w zakresie wpływów nad
Bosforem”. W tym miejscu możemy zabawić się intelektualnie i zamienić słowo
„Bosfor” na „Europa środkowa” lub „Polska” lecz dla nas przestaje to być
zabawne. Dmowski pisze również: „Opanowanie Rosji swymi wpływami politycznymi
jest dla Niemiec sprawą pierwszorzędnej wagi”.
======================================================================
C o t o
j e s t m a s o n e r i a ?
(Referat wygłoszony w
siedzibie wrocławskiego Oddziału Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas
Christiana” 15 .12.2000r.)
Sformułowany
przez organizatorów temat dzisiejszego spotkania zawiera pytanie na które
niełatwo jest odpowiedzieć w sposób jednoznaczny. Co to jest masoneria?
Wachlarz stosowanych dla niej określeń jest niezwykle szeroki i obejmuje w tym
samym stopniu „awangardę postępu”, co i „pomiot szatana”. Wbrew pozorom
ustalenie jednoznacznej definicji nie jest zadaniem prostym, gdyż już od
momentu powstania była to organizacja wzbudzająca wiele kontrowersji. Od samego
początku miała ona wielu zwolenników, ale równocześnie wcale nie mniej
przeciwników. Z jednej strony możemy usłyszeć, że „związek to światowo-obywatelski, w wyższych, czysto ludzkich celach
podjęty; moralna wolność od występków, namiętności i przesądów, koniecznym jego
warunkiem”. Równocześnie jednak nie brak opinii, że „Masonerja to najpotworniejszy związek! To szkoła intryg, zbrodni i
fałszu! Jeżeli głosi hasła miłości, braterstwa - to w celu by snadniej naiwnych
zdeprawować, ogłupić!” Trudno jest nie zauważyć dość wyraźnej rozbieżności
między tymi dwoma określeniami. Sprzeczne opinie w literaturze mimo wysiłku
wielu autorów, z reguły stanowią bądź apologię, bądź też oskarżenie
organizacji. Samą literaturę można by w dużej mierze podzielić na antymasońską
i promasońską oraz przecieki na temat prawdziwego oblicza masonerii.
Za datę powstania współczesnej masonerii spekulatywnej przyjmuje się dzień 24 czerwca 1717 roku, kiedy to z połączenia trzech lóż londyńskich i loży z opactwa Westminster powstała Wielka Loża Londynu. Zgodnie z dokumentem z tego zebrania zwołano wówczas w gospodzie „Pod Gęsią i Rusztem” członków wszystkich działających wtedy w mieście lóż mularskich. W chwili obecnej niektórzy sądzą, iż wtedy to nastąpiło połączenie wywodzących się ze średniowiecza organizacji murarskich z organizacją okultystyczną jaką był Zakon Różokrzyżowców. Połączenie takie sprawiło, że rytuał uległ znacznemu uwzniośleniu i uogólnieniu.
Na polecenie nowopowstałej obediencji dwaj jej założyciele, pastor prezbiteriański Londynu doktor James Anderson i reformowany kaznodzieja dworu doktor praw John Theophilus Desaguliers podjęli próbę opracowania dawnych przepisów obowiązujących w różnych lożach i stworzenia statutu dla nowej organizacji. Po raz pierwszy dokument ten ukazał się drukiem 17 stycznia 1723 roku. Na nim wzorowana była większość powstałych w okresie późniejszym konstytucji wolnomularskich.
Ponieważ
masoneria za cel nadrzędny stawiała sobie doprowadzenie do zbratania między
narodami i wyznawcami różnych kościołów, głoszone przez wolnomularzy
równouprawnienie religii sprowadzało się w istocie do ich zrównania. Uznanie
przez organizację „religii powszechnej” było zwrotem w stronę równoznacznej z
deizmem, adogmatycznej religii naturalnej i stawiało członków poza wszelkimi
Kościołami. Z tego powodu już od momentu powstania masonerii
tradycjonalistyczne grupy duchowieństwa wszystkich religii dostrzegły w
wolnomularstwie bardzo konkretnego wroga, dążącego do podważenia przyjętego
systemu wartości i istniejącego porządku. Zauważano, iż uznawanie niezwykle
daleko jak na owe czasy posuniętego pluralizmu religijnego powoduje u ludzi
zobojętnienie w sprawach wiary.
Na oficjalną
reakcję Kościoła rzymskokatolickiego nie trzeba było długo czekać, bo już w
czerwcu 1737 roku w Rzymie z inicjatywy „Sacra Congregatio Inquisitionis”
odbyła się, przygotowana przez trzech kierowników kancelarii papieskich,
pierwsza konferencja kościelna poświęcona wolnomularstwu. 28 kwietnia 1738 roku
papież Klemens XII, kierując się motywami doktrynalnymi i dyscyplinarnymi bullą
„In eminenti Apostolatus speculo” zabronił katolikom przynależności do
masonerii pod karą ekskomuniki.
Za tym pierwszym wystąpieniem poszły następne, na co niewątpliwie nie bez znaczenia pozostaje fakt powstania teorii spisku wolnomularskiego. Wszystkie te wypowiedzi Stolicy Apostolskiej starały się przedstawiać wiernym istotę wolnomularstwa jako Antykościoła i zabraniały przynależności do tego typu organizacji. Pojawiały się one z różnym natężeniem, przy czym na szczególną uwagę zasługuje pontyfikat Leona XIII w trakcie którego Stolica Apostolska wydała co najmniej 226 dokumentów poruszających problem wolnomularstwa. Ukoronowaniem wszystkich tych posunięć było bardzo wyraźne pojawienie się tej problematyki w promulgowanym przez Benedykta XV w maju 1917 roku „Kodeksie Prawa Kanonicznego”. Kanon 2335 mówił, iż „katolicy, wstępujący do sekty masońskiej względnie do jej podobnych stowarzyszeń, walczących z Kościołem i z legalnymi władzami cywilnymi, popadają tym samym w ekskomunikę, zarezerwowaną Stolicy Apostolskiej simpliciter”. Tak więc tutaj relacja Kościoła do wolnomularstwa ukazana była aż nadto wyraźnie.
Sobór Watykański II zachwiał w
wielu środowiskach niezłomne do tej pory przekonanie o zdecydowanie negatywnym
stosunku Kościoła do wolnomularstwa. Było to nieuzasadnione, gdyż oficjalna
deklaracja Kongregacji Doktryny Wiary z 17 grudnia 1981 podkreślała, że „dotychczasowa praktyka dyscyplinarna Prawa
Kanonicznego nie została w niczym zmodyfikowana i obowiązuje w całej pełni”.
Kolejny problem pojawił się wraz z wejściem w życie nowego Kodeksu Prawa
Kanonicznego. Nie powtarza on dawnego kanonu 2335 lecz zawiera jedynie kanon
1374, który mówi: „Kto zapisuje się do
stowarzyszenia działającego w jakikolwiek sposób przeciwko Kościołowi, powinien
być ukarany sprawiedliwą karą; kto zaś popiera tego rodzaju stowarzyszenie lub
nim kieruje, powinien być ukarany interdyktem”. Nowy kodeks nie wspominał
już explicite o „sekcie masońskiej”, ale nie wymieniał też z nazwy żadnych
innych stowarzyszeń i organizacji. Aby wierni nie mieli wątpliwości co do
stanowiska prawodawcy w przeddzień wejścia w życie nowego kodeksu, 26 listopada
1983 roku, została ogłoszona deklaracja Kongregacji Doktryny Wiary
podtrzymująca dotychczasowe stanowisko Kościoła. W podpisanym przez kardynała
Josepha Ratzingera dokumencie możemy więc przeczytać: „Negatywna ocena Kościoła o wolnomularskich zrzeszeniach pozostanie
niezmieniona, ponieważ ich zasady były zawsze uważane za nie do pogodzenia z
nauką Kościoła i dlatego też przystąpienie do nich pozostaje nadal zabronione.
Wierni, którzy należą do wolnomularskich zrzeszeń, znajdują się więc w stanie
ciężkiego grzechu i nie mogą przyjmować Komunii Świętej”.
Za pierwszą organizację wolnomularską na ziemiach polskich należy uznać „la Confrérie Rouge”, które już w styczniu 1721 roku miało dość dobrze rozbudowaną strukturę. Od samego początku skupiało ono wyłącznie szlachtę i arystokrację. Cały wiek XVIII to okres nieustannego powstawania i rozwiązywania kolejnych warsztatów wolnomularskich. W szeregach organizacji w równym stopniu znaleźli się dygnitarze, ludzie nauki i sztuki, wojskowi i dyplomaci. Wśród gości obecnych podczas uroczystości nocy świętojańskiej w 1769 roku znajdujemy nawet głowę Kościoła katolickiego w Polsce, Prymasa Gabriela Podoskiego. Wprawdzie tylko nieznaczna ilość duchownych należała do lóż, ale działania antymasońskie nie uzyskały aprobaty hierarchii kościelnej, gdyż większość biskupów nie chciała ryzykować konfliktu z królem i związanym z nim stronnictwem. A byłby to konflikt wyraźny jako że w szeregach organizacji znalazł się sam król Stanisław August Poniatowski, który przyjął imię zakonne „Salsinatus Eques a Corona vinidicata”. W ławach poselskich Sejmu Czteroletniego wolnomularze stanowili 22% posłów i 19,2% dobranych później deputowanych. Bezpośrednim następstwem uchwalonej podczas obrad sejmu Konstytucji 3 Maja była interwencja sąsiadów Polski i II rozbiór Polski.
Kolejny etap w rozwoju polskiego wolnomularstwa to epoka napoleońska i „upaństwowione” już przez Napoleona wolnomularstwa głoszące jego apoteozę. Stan niepewności zrodzony po jego druzgoczącej klęsce nie trwał długo. Kiedy na Kongresie Wiedeńskim powołane zostaje do życia miniaturowe Królestwo Polskie demonstrujący tendencje liberalne car wskrzesił tu Wielki Wschód. Przynależność do organizacji wielu dygnitarzy powodowała jej dużą popularność, lecz większość neofitów traktowała swoją przynależność w kategoriach czysto towarzyskich. Uwielbienie dla nowego władcy nie trwało długo i pojawia się opozycja wobec monarchy. Wkrótce też na mocy dekretu księcia-namiestnika Józefa Zajączka 25 września 1821 roku działalności wolnomularstwa została zawieszona.
Pierwsze „jaskółki” zwiastujące dążność do reaktywacji wolnomularstwa w Polsce pojawiły się wraz z początkiem XX wieku. Pierwsze lata niepodległości to okres dość intensywnego rozwoju wolnomularstwa. Duży mankament stanowił brak doświadczonej grupy kierowniczej lecz wpływy organizacji na aktualną sytuację w państwie były bardzo duże. Andrzej Strug twierdził, że „w każdym rządzie Polski odrodzonej zasiadało co najmniej dwóch ministrów, a w każdym ministerstwie przynajmniej jeden dyrektor departamentu był masonem”. Na tym tle począwszy od czerwca 1937 roku nastąpiło w Polsce znaczne nasilenie kampanii antymasońskiej. Efektem ataków na forum parlamentu i w mediach był „Dekret Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 22 listopada 1938 o rozwiązaniu zrzeszeń wolnomularskich”. Wiedząc wcześniej o jego przygotowywaniu Wielka Loża podjęła uchwałę o zawieszeniu działalności. Po „likwidacji” masonerii dyskusje nie ustały i aż do wybuchu wojny wyrażano wątpliwości co do skuteczności tego przedsięwzięcia.
Po wojnie już 12 lutego 1961
roku rozpoczęła działalność konspiracyjna loża „Kopernik” w Warszawie lecz
dopiero przełom roku 1989 przyniósł prawdziwy renesans wolnomularstwa. Na dzień
dzisiejszy w Polsce „pracuje” kilkuset wolnomularzy. Pion regularny
reprezentuje licząca około 150 osób Wielka Loża Narodowa Polski na czele której
stoi historyk literatury profesor Janusz Maciejewski. Podlegają jej: „Kopernik”
w Warszawie, „Łukasiński” w Warszawie, „Przesąd Zwyciężony” w Krakowie, loża
„La France” w Warszawie, „Świątynia Hymnu Jedności” w Poznaniu oraz najmłodsza
„Pod Szczęśliwą Gwiazdą. Wielki Wschód Polski liczy około 200 członków
zrzeszonych w lożach: „Wolność Przywrócona” w Warszawie, „Nadzieja” w
Warszawie, „Europa” w Warszawie, „Gabriel Narutowicz” w Krakowie, „Trzech
Braci” w Warszawie oraz połączonych lożach „Tolerancja” w Mikołowie i „Jedność
w Katowicach. Na czele tej obediencji stoi historyk filozofii, filozof kultury
i religioznawca profesor Andrzej Rusław Fryderyk Nowicki. Comasonry
reprezentowane jest przez Jurysdykcja Polska Międzynarodowego Zakonu
Masońskiego Obrządku Mieszanego „Le droit Humain”, której przewodniczy
dziennikarz i pisarz Cezary Leżeński. W Polsce istnieje obecnie pięć lóż tego
pionu: „Pierre et Marie Curie” w Warszawie, „Orzeł Biały” w Katowicach, „Pod
Ulem” w Toruniu, „Konstytucja 3 maja” w Warszawie oraz francuskojęzyczna loża
„Recontre Fraternelle” w Warszawie. Wolnomularstwo żeńskie nie posiada
dotychczas swojego warsztatu choć od kilku lat działa w Warszawie kółko
związane z Wielką Żeńską Lożą Francji. 31 sierpnia 1994 roku rozpoczęła
działalność Polska Grupa Narodowa Universala Framasona Ligo, której prezydentem
jest dziennikarz i publicysta Adam Witold Wysocki.
Aczkolwiek, jak podkreślają
„bracia”, rejestracje sądowe polskich obediencji przebiegały bez żadnych
problemów to jednak codzienność polskich wolnomularzy nie jest „usłana różami”.
Prawdę mówiąc sami wolnomularze nie robią zbyt wiele by obalić istniejący w
świadomości społecznej stereotyp. Loże nie funkcjonują w życiu społecznym, a
ich przedstawiciele stosunkowo rzadko udzielają wywiadów w mediach. Związane z
liberalnym nurtem wolnomularstwa niezależne pismo „Wolnomularz Polski” („Polish
Freemason”) posiada nadruk „do użytku wewnętrznego” i mało kto wie o jego
istnieniu. W podobnej formie publikowane są broszury wychodzące w serii
„Biblioteczka Wolnomularza Polskiego” i ukazującej się na zlecenie wielkiego
mistrza Wielkiego Wschodu Polski serii „Ex Oriente Lux”. Oprócz tego ukazuje
się poświęcony masonerii kwartalnik „Ars Regia”, lecz ze względu na naukowy
charakter kierowany jest on raczej do wąskiego kręgu odbiorców. Polskim
wolnomularzom daleko do tego co moglibyśmy określić mianem otwartości.
======================================================================
POZA KOŚCIOŁEM
NIE MA ZBAWIENIA?
- wokół
deklaracji „Dominus Iesus”
Wśród najnowszych dokumentów
Kościoła uwagę zwraca ogłoszona przez Kongregację Nauki i Wiary Deklaracja „Dominus
Iesus” - o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła. Choć
wypowiedź ta przywołuje od dawna już przecież znaną naukę Kościoła, powstało
wokół niej, jak pamiętamy, wiele kontrowersji. Jaką intencją kierowała się
Stolica Apostolska, publikując Deklarację?
We wstępnej części dokumentu
czytamy, że jego celem jest przypomnienie „Biskupom, teologom i wszystkim
wiernym katolickim” pewnych fundamentalnych treści doktrynalnych, które są
szczególnie ważne dla współczesnej refleksji teologicznej. Chodzi o treści,
jakie bywają ostatnio podważane w licznych teoriach dotyczących relacji
katolicyzmu z innymi wyznaniami i religiami. Warto podkreślić, że Deklaracja
nie jest skierowana do wyznawców innych religii (którzy mają prawo mieć
odmienne poglądy w poruszanych tu kwestiach), lecz do tych, którzy uważają się
za katolików. Przypomina, że decydując się na przyjęcie katolickiej wiary nie
można równocześnie - w imię źle pojętego ekumenizmu - odrzucać jej
fundamentalnych prawd. Przyjrzyjmy się pokrótce przedstawionym przez
Kongregację zagadnieniom.
Pierwszy rozdział mówi o „Pełni i ostateczności objawienia Jezusa
Chrystusa”. Nawiązuje on do tez, według których objawienie się Boga w
Chrystusie jest niekompletne i niedoskonałe a jego dopełnieniem jest objawienie
zawarte w innych religiach. Wyznawcy tych poglądów twierdzą, że prawda o
nieskończonym Bogu nie może zostać w całości wyrażona w jakimś jednym systemie
religijnym, np. w chrześcijaństwie. Stawiają na tej samej płaszczyźnie wiarę
chrześcijan i wierzenia niechrześcijańskie a także Biblię i sakralne księgi
innych religii.
W tym miejscu Deklaracja
przypomina, że zgodnie z katolicką wiarą w Jezusie Chrystusie dokonało się
pełne, uniwersalne i ostateczne objawienie Bożej prawdy. Jego słowa i czyny, to
słowa i czyny samego Boga, Wcielonego Syna Bożego. Choć oczywiście objawienie
to nie odsłania do końca Bożej tajemnicy (co jest niemożliwe), jednak jest
„ostatecznym samo objawieniem się Boga”. Nie będzie żadnego nowego objawienia
publicznego przed powtórnym przyjściem Chrystusa na ziemię. Winniśmy również
odróżnić wiarę teologiczną od wierzenia w innych religiach. Ta
pierwsza jest osobowym przylgnięciem do objawiającego się Boga i do objawionej
przez Niego prawdy, zaś „wierzenie” w innych religiach to zbiór doświadczeń i
przemyśleń wypracowanych przez samych ludzi. Choć w wielu księgach sakralnych
znajdują się pewne elementy dobra i prawdy, Kościół zastrzega miano „tekstów
natchnionych” dla ksiąg kanonicznych Starego i Nowego Testamentu.
Rozdział drugi,
zatytułowany: „Wcielony Logos i
Duch Święty w dziele zbawienia”, odnosi się do kolejnych tez, utrzymanych w
duchu relatywizmu. Mówią one, że Nieskończony Absolut, Logos (Słowo), objawił
się ludziom wielokrotnie, na różne sposoby, w wielu historycznych postaciach.
Jezus miałby być tylko jedną z tych postaci; Słowo mogłoby zbawczo oddziaływać
również „poza” lub „ponad” Jego ludzką naturą. Kościół nie może przystać na
taką interpretację misji Chrystusa. Wierzymy, że tylko On jest Wcielonym Słowem,
które „stało się ciałem” (J1,14), „Jednorodzonym Bogiem, który jest w łonie
Ojca” (J1, 18). Słowo, Syn Boży, to jedna i niepodzielna Osoba, która raz jeden
w Chrystusie przyjęła ludzką naturę i odtąd działa zbawczo zawsze w
zjednoczeniu z nią. Jezus Chrystus jest jedynym Pośrednikiem i Odkupicielem;
jedynie Jego ofiara ma moc zbawczą.
Istnieją również teorie,
które niejako oddzielają zbawcze działanie Chrystusa od zbawczego działania
Ducha Świętego, mówiąc, że to ostatnie ma szerszy, bardziej uniwersalny zasięg.
Kościół znów musi temu zaprzeczyć. Tajemnica Chrystusa i Ducha Świętego są
ściśle ze sobą związane. Duch Święty nie jest jakimś „dopełnieniem” Chrystusa.
Zawsze działa w komunii z Nim, prowadzi do Niego i jednoczy z Nim ludzi.
Skoro tylko w Chrystusie
jest zbawienie, spontanicznie rodzi się pytanie: co będzie ze zbawieniem ludzi,
którzy Go nie znają? Deklaracja odpowiada, że „zbawcze działanie, jakie
Chrystus prowadzi ze swoim Duchem i przez Niego, rozciąga się na całą ludzkość
ponad widzialnymi granicami Kościoła”. To Boże działanie dotyczy nie tylko
katolików, ale „wszystkich ludzi dobrej woli, w których sercach działa w sposób
niewidzialny łaska. Skoro bowiem za wszystkich umarł Chrystus i skoro
ostateczne powołanie człowieka jest jedno, mianowicie boskie, to musimy uznać,
że Duch Święty wszystkim ofiarowuje możliwość dojścia w sposób Bogu wiadomy do
uczestnictwa w tej paschalnej tajemnicy” (nr 12 Deklaracji, cyt. za „Gaudium et
Spes”, 22). Każdy człowiek może być zbawiony, a dostępuje zbawienia jedynie
poprzez Chrystusa, w Duchu Świętym (choćby nigdy w życiu o Nich nie słyszał).
Kolejny rozdział – „Jedyność i powszechność tajemnicy zbawczej
Jezusa Chrystusa” - pogłębia temat jedynego pośrednictwa Jezusa Chrystusa.
Deklaracja mówi, że owszem, można i należy „badać czy i w jaki sposób także
postacie i pozytywne elementy innych religii mieszczą się w Bożym planie
zbawczym” (nr 14). Jedyne pośrednictwo Chrystusa nie wyklucza bowiem, lecz
wzbudza wśród stworzeń współdziałanie z nim. Możliwe są więc różne
pośrednictwa, ale czerpią one swą moc i wartość jedynie z pośrednictwa
Chrystusa. Nigdy nie są jego uzupełnieniem czy też działaniem „obok” Niego.
Chrystus jako Bóg jest jedynym Zbawicielem. Ludzie mogą mieć jakiś udział w
Jego zbawczej misji, gdyż Chrystus (choć nie musiałby) dopuszcza nas do
współpracy z Sobą, ale nigdy człowiek nie zastąpi samego Boga.
Tematem czwartego rozdziału
jest „Jedyność i jedność
Kościoła”. Deklaracja
przypomina, że nie da się oddzielić od siebie Chrystusa i Kościoła. Według Biblii
„On sam jest w Kościele, a Kościół jest w Nim”. Choć Kościoła nie można
utożsamiać z Chrystusem, jednak jest on tak nierozerwalnie złączony ze swym
Panem, jak członki ciała z głową. „Tak jak jest jeden Chrystus, istnieje tylko
jedno Jego Ciało, jedna Jego Oblubienica; jeden Kościół katolicki i
apostolski(...)” (nr 16). Chrystus obiecał, że zawsze będzie ze swym Kościołem.
Jego obietnice oznaczają też, że On sam zatroszczy się o to, by przetrwała
jedność i jedyność Kościoła oraz wszystko, co stanowi o jego integralności. Ten
jeden i jedyny Kościół Chrystusowy istnieje w pełni tylko w Kościele
Katolickim, który zgodnie z poleceniem Chrystusa kierowany jest przez następcę
Piotra i biskupów pozostających w jedności z nim. Istnieje historyczna ciągłość
- zakorzeniona w sukcesji apostolskiej - między nim a Kościołem założonym przez
Chrystusa. W niekatolickich Kościołach i Wspólnotach kościelnych, istnieją
tylko „elementy” prawdziwego Kościoła, pewne „pierwiastki uświęcenia i prawdy”.
Pan Bóg co prawda posługuje się w zbawianiu ludzi także takimi wspólnotami, ale
ich moc uświęcająca „pochodzi z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej
Kościołowi Katolickiemu” (nr 17, cyt. za „Unitatis redintegratio”, 4) i ze swej
istoty prowadzą one właśnie ku niemu.
We współczesnej refleksji
teologicznej „wychodzącej na przeciw innym religiom” rozwija się czasem temat
wspólnego dla wszystkich ludów Królestwa Bożego, traktując je jakby w oderwaniu
od Chrystusa i Kościoła. Rozdział piąty Deklaracji, noszący tytuł „Kościół, Królestwo Boże i Królestwo
Chrystusowe”, wskazuje na nierozerwalność związków istniejących między tymi
trzema rzeczywistościami. Królestwo Boże, o którym wielokrotnie mówi Biblia,
nie jest co prawda tożsame z Kościołem rozumianym jako widzialny, społeczny
organizm (gdyż Chrystus i Duch Święty mogą działać także poza widzialnymi
granicami Kościoła), jednakże istnieje między nimi ścisła więź. Zadaniem
Kościoła jest głoszenie nadchodzącego Królestwa i krzewienie go; co więcej -
Kościół sam jest zalążkiem, narzędziem i znakiem Królestwa Bożego.
Urzeczywistni się ono w pełni u schyłku dziejów. Będzie całkowitą realizacją
zbawczego planu Boga. Jest nierozerwalnie związane z Chrystusem, Panem całego
wszechświata.
Ostatni rozdział, „Kościół i religie w relacji do zbawienia”, porusza
zagadnienie konieczności Kościoła do zbawienia - zagadnienie bardzo często źle
rozumiane. Jako nierozerwalnie złączony z Chrystusem, jedynym Zbawcą, Kościół
jest rzeczywiście konieczny w porządku zbawienia. Nie oznacza to jednak, że
ludzie, którzy w sposób formalny i widzialny do niego nie należą, nie mogą być
zbawieni. Mają taką możliwość. Im także, sobie tylko wiadomym sposobem, Bóg
udziela zbawczej łaski, budzącej w nich wiarę. Jest to zawsze łaska płynąca z
ofiary Chrystusa, udzielana przez Ducha Świętego i mająca tajemniczy związek z
Kościołem. Kościół nie jest więc jedną z wielu dróg zbawienia a chrześcijaństwo
jedną z wielu, wzajemnie się uzupełniających, religii. Ludzie którzy dostąpią
zbawienia, dostąpią go z pewnością przez Chrystusa i Kościół, czy o tym za
życia wiedzą, czy nie.
Aby jeszcze lepiej zrozumieć
naukę Deklaracji w tej kwestii, można odwołać się tu do słów Soboru Wat. II
(„Lumen Gentium”, 16, 14): „Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając
Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają
Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski
pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie”, ale prawdą jest też, że „nie
mogliby (...) zostać zbawieni ludzie, którzy wiedząc, że Kościół założony
został przez Boga za pośrednictwem Chrystusa jako konieczny, mimo to nie
chcieliby bądź przystąpić do niego, bądź w nim wytrwać.”
Jeśli chodzi o inne religie,
uważamy, że pewne pozytywne elementy w nich zawarte mogą być jakimś przygotowaniem
do przyjęcia Ewangelii. Religie te traktujemy z szacunkiem, ale nie przyznajemy
im takiej samej wartości co chrześcijaństwu. Jeśli Kościół zachęca do dialogu
międzyreligijnego (lub międzywyznaniowego) i mówi o „równości” będącej jego
podstawą, to trzeba pamiętać, że chodzi tu o równą godność osobową partnerów
dialogu a nie o równość doktryn religijnych. Nie mogą być równocześnie
prawdziwe rzeczy nawzajem się wykluczające. Skoro wierzymy, że Chrystus jest
jedynym Zbawcą, nie może być nim jednocześnie ktoś inny; skoro Chrystus
powierzył Kościołowi Katolickiemu pełnię zbawczych środków, nie możemy uznać
innych wspólnot religijnych za alternatywne drogi do zbawienia. Choć, jak
wspomniano, Bóg „dociera” ze swą łaską również poza widzialne granice Kościoła,
to prawdą jest, że najprostsza, najpewniejsza „droga do nieba” prowadzi przez
pełną, także zewnętrzną przynależność do Kościoła.
Deklaracja zauważa, że jako członkowie Kościoła Katolickiego znajdujemy się rzeczywiście w uprzywilejowanym położeniu. Nie mamy jednak prawa chełpić się tym. Nie jest to naszą zasługą, lecz darem Bożej łaski. Nie możemy też trwać w fałszywym przekonaniu, że mamy już „z góry” zapewnione zbawienie. O zbawieniu decyduje nie sam fakt widzialnej przynależności do Kościoła, lecz współpraca z łaską. Im więcej jej otrzymaliśmy, tym więcej Bóg ma prawo od nas wymagać. Jeśli nie korzystamy z tak wielkich duchowych bogactw, jakie ofiarowane są nam w Kościele, jeśli nasze postępowanie budzi zgorszenie i utrudnia ludziom zbliżenie się do Chrystusa i Kościoła, czeka nas tym surowszy sąd Boży. Bardziej niż inni jesteśmy zobowiązani do świętości życia. Ponadto, otrzymawszy pełnię prawdy, winniśmy na wszelki sposób ją głosić. Deklaracja bardzo mocno przypomina o podstawowym obowiązku Kościoła jakim są misje.
Czy „Dominus Iesus” jest
przejawem nietolerancji? Nie. Deklaracja jest po prostu przypomnieniem
podstawowych zasad katolickiej wiary - wiary, która ze swej istoty odwołuje się
do takich pojęć jak „absolutność”, „jedyność”, „wyłączność”. Nie mamy prawa zmuszać
nikogo do uznania, że jedyna droga do zbawienia wiedzie przez Chrystusa i
Kościół, ale mamy prawo tak właśnie wierzyć i głosić publicznie
swe przekonania. Jesteśmy do tego zobowiązani w imię wierności Objawieniu,
którego Kościół sam nie wymyślił, lecz otrzymał je w darze. Szacunek dla
wyznawców innych religii nie może oznaczać relatywizmu.
Pewnego popołudnia zdarzyło
mi się przysłuchiwać dyskusji speakera telewizyjnego z gościem, niestety
niezapamiętanym przeze mnie z nazwiska, na temat tzw. „tumiwisizmu”
współczesnej młodzieży. Jest to postawa równie powszechna u młodych, co budząca
zgodne oburzenie ze strony dojrzalszej części naszego narodu. Brak
zaangażowania w sprawy nauki, rodziny, ojczyzny rodzi zrozumiałe negatywne
odczucia, obawę o przyszłość nie tylko tych zarażonych bakcylem łatwizny
emocjonalnej i życiowego luzactwa, ale nas wszystkich, którym przyjdzie kiedyś
żyć w oczekiwanym przez nich „raju na ziemi”. Z „tumiwisizmem” walczą prawie
bezskutecznie nauczyciele i wychowawcy, borykają się rodzice, zniechęceni
bezczynnością reszty społeczeństwa i własną bezradnością. Czyżby najbardziej
aktywni byli już tylko... anarchiści?
Lecz jak przekonać młodzież o
wartościach własnej niekiedy nie nagradzanej przez nikogo pracy dla innego
człowieka, działalności społecznej, zaanagażowaniu w przemiany swego
najbliższego otoczenia, skoro nie służy temu w najmniejszym stopniu atmosfera
sztucznie wzbudzona wokół problemów młodego człowieka? Czy choćby jeden program
młodzieżowy w telewizji, czy choćby jedna audycja w radio publicznym, lub
choćby jeden tytuł periodyku młodzieżowego, pomijając niektóre publikacje w
mediach katolickich, ukazują prawdziwy obraz współczesnej młodej osoby, jej
dramatów i szans na prowadzenie udanego życia? Bardzo mądrzy psychologowie
wypowiadają się negatywnie o postawach zobojętnienia na problemy społeczne i
narodowe, o odchodzeniu od pierwotnych ideałów miłości i przyjaźni
międzyludzkiej, a jednocześnie nikomu nie przyjdzie do głowy wypowiedzieć się
na antenie przeciwko wzorcom proponowanym naszej młodzieży, przeszczepionym
wprost z gruntu zachodniego liberalizmu. Unosi się na przykład nad nami słowo
„cool”. Znajdziemy go na butelkach Coca-coli, na plakatach reklamowych, w
reklamówce chipsów, w piosenkach proponowanych dzieciom podczas projekcji
amerykańskich bajek. Oznacza ono ni mniej ni więcej jak „chłodny”, a
powtarzanie go w kółko ma uświadomić wszystkim, że nie warto być ani gorącym,
ani zimnym, czyli cierpiącym z powodu braku aktywności psychicznej, uczuciowej
czy nawet fizycznej. „Bądź „cool” stało się hasłem współczesnych mediów,
propagujących kulturę liberalizmu, opierającej na zasadzie fałszywej tolerancji
nie znoszącej na przykład naprawiania czegoś wbrew komuś. „Bądź chłodny na
wszystko”, co się dzieje wokół ciebie, a osiągniesz względny spokój na tej
zagmatwanej ziemi... Nie ruszaj nikogo, a nikt nie będzie ruszał ciebie. To
zbyt znane wątki pedagogiki naszych mediów wyrażające się najzwięźlej w słowie „cool”, wciskającym się w nasze
zmysły na każdym kroku.
Ile to ma wspólnego z Ewangelią,
nie trzeba się długo zastanawiać. „Obyście byli zimni, albo gorący” namawiał
Chrystus. Dlaczego? Bo każdy musi mieć w swym życiu cel, by osiągnąć pełnię
szczęścia na własną małą lub dużą skalę. Klasyk etyki katolickiej, ojciec
Woroniecki, poświęcił temu wiele stron swej pracy, dowodząc, że tylko właściwy
cel, dobór środków do jego osiągnięcia i pełne zaangażowanie daje człowiekowi
szansę satysfakcji z własnego życia, że jest to godziwe nie tylko w skali życia
pojedynczej osoby, lecz całego społeczeństwa. Obiór celu życia i podjęcie go
odróżnia człowieka od zwierzęcia, podnosi jego godność.( Katolicka etyka
wychowawcza, Lublin 1986, t.1, s.61n.) Nawet zaangażowanie w niewłaściwym
kierunku daje człowiekowi szansę kształtowania samego siebie. Owo bycie
gorącym, pałającym z powodu pragnienia osiągnięcia jakiegoś celu, ujrzenia
skutków swojej działalności, zbliża zawsze w kierunku spotkania z Bogiem, a
życie wypełnia po brzegi aktywnością usuwającą na bok nudę i zniechęcenie.
Doświadczenie zaś zimna może uświadomić człowiekowi nieprzyjemne odczucie
samotności i zmusić do poszukiwań zmiany stylu życia. Natomiast proponowane
pławienie się w chłodzie emocjonalnym ma dać rozkosz przebywania w temperaturze
najbardziej odpowiedniej dla naszej natury, tak nieskłonnej do wychodzenia na
przeciw wyzwaniom łaski...
Język teologii, nieatrakcyjny i pozornie niezrozumiały dla
elit naszego społeczeństwa, odpowiada w sposób doskonały językowi psychologii.
Bez obioru celu życiowego, niemożliwe jest ukształtowanie charakteru, niemożliwa jest dojrzałość życiowa,
niemożliwe jest wniesienie własnego wkładu w życie narodu. Marian Pirożyński,
przed i tuż powojenny kaznodzieja i duszpasterz młodzieży, napisał w swoim „Kształceniu
charakteru”: „W ogóle człowiek myślący
nie może żyć bez ideału. Prędzej obejdzie się bez słońca, wody i powietrza...”
(W-wa 1994, s.31). Pisał to, gdy rodziła się powojenna Polska. Bez takich
entuzjastów jak on, nie ocalałaby ani jedna czysta dusza, zdolna odradzać
tłumione przez lata komunizmu siły narodu. Dziś bez takich entuzjastów,
szaleńców Bożych czyli świętych, może zginąć to, co nie zginęło przez te
wszystkie trudne lata wojny i „powojnia”. I choć biją na alarm różne środowiska
nauczycielskie, stowarzyszenia rodzin, Kościół ,a nawet niektóre elity
polityczne, brakuje świadomej walki z propagandą Zachodu, gdzie młodzież boryka
się od wielu lat z problemami własnej tożsamości i miejsca na świecie. Jak
długo mącić będzie się im w głowach wizją bycia „cool”, tak długo większość ich
dramatów przeminie bez odpowiedzi. Czy naprawdę możemy wziąć odpowiedzialność
za unieszczęśliwianie naszej młodzieży? Ilu z nich zdolnych jest odpowiedzieć
dzisiaj na hasło: „Naprzód! Święci Boży muszą walczyć niezmordowanie.” (J.
Urteaga, Chrześcijanie do boju, Warszawa 1994).
Anna Sutowic