U NAS
____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
PISMO ODDZIAŁU DOLNOŚLĄSKIEGO
KATOLICKIEGO STOWARZYSZENIA „CIVITAS CHRISTIANA”
___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Nr 10(45) * Rok (VIII) 2001 * listopad
______________________________________________________________________________
Protest Katolickiego
Stowarzyszenia „Civitas Christiana”
przeciw obrażaniu uczuć
religijnych Polaków
Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana” wyraża stanowczy protest wobec prowokacji, jakiej dopuścili się polscy pseudo-twórcy i ich mecenasi na wystawie „Irreligia” w Brukseli i pokazie mody w Londynie. Bezczeszczenie wizerunków Chrystusa i Matki Bożej Jasnogórskiej, stanowiących dla naszego Narodu największe świętości, rodzi nie tylko żal, ale i oburzenie. Tego rodzaju forma obrażania uczuć religijnych milionów Polaków jest nie tylko niegodziwością moralną, ale postępowaniem ściganym przez prawo. Domagamy się stanowczej reakcji ze strony odpowiednich władz państwowych, które są zobowiązane strzec elementarnych praw ludzi wierzących w naszej Ojczyźnie.
Pragniemy jednocześnie wyrazić
naszą głęboką solidarność z ojcami paulinami, kustoszami Sanktuarium Matki
Bożej Jasnogórskiej, których ta prowokacja dotknęła w sposób szczególny.
Szarganie świętych symboli, które wyrażają nie tylko naszą religijną, ale także
narodową tożsamość, musi być przedmiotem naszego wspólnego zatroskania. Łączymy
się z nimi w modlitwie o poszanowanie tradycji, z której wyrasta nasz naród i
cała jego kultura.
Przewodniczący Zarządu
Głównego
Katolickiego Stowarzyszenia
„Civitas Christiana”
Ziemowit Gawski
Warszawa,
9 listopada 2001 r.
Czy my prawdziwie czynimy wszystko, co jest potrzebne do trwałego
budowania pokoju Bożego w naszej Ojczyźnie? Każdy na to pytanie sam sobie musi
odpowiedzieć, zależnie od tego, co mu sumienie mówi. W Ojczyźnie naszej
najważniejszym czynnikiem ładu i spokoju, owocności i skuteczności pracy, a
nawet pomyślności społecznej i gospodarczej, jest sumienie obywateli. Bo cóż z
tego, że będziemy bez końca wyliczali najrozmaitszych winowajców, że będą oni
nawet ukarani zgodnie ze swoimi uczynkami, jeżeli życie całego Narodu, a więc
każdego obywatela – pozostanie bez zmian?
Kardynał Stefan Wyszyński
Kardynał František Tomášek (1899-1992)
tekst wykładu wygłoszonego 28
września 2001 r. w czasie sesji
pt. „Ksiądz Kardynał František Tomášek – droga Kościoła Czeskiego w systemie totalitarnym”
zorganizowanej przez nasze
Stowarzyszenie i Muzeum Archidiecezjalne we Wrocławiu
w ramach XII Polsko –
Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej
Dnia 4 sierpnia 1992 r. zmarł
w Pradze 93-letni kardynał František Tomášek, emerytowany prymas Czech i
Moraw, prawy człowiek, wybitny kapłan i niezmordowany obrońca Kościoła i praw
ludzkich. Już za życia cieszył się wielkim autorytetem wśród całego
społeczeństwa, stając się symbolem niezłomności i legendą.
František
Tomášek urodził
się 30 czerwca 1899 r. w Studence na Morawach (archidiecezja
ołomuniecka). Gdy miał siedem lat zmarł mu ojciec, w związku z czym trud
wychowania i wykształcenia sześciorga dzieci przejęła matka. W czasie pierwszej
wojny światowej służył w armii austriackiej, w której byli także Polacy. Po
latach wspominał nawiązaną wówczas przyjaźń z Polakami i polskie piosenki,
których się od nich nauczył. Studia teologiczne odbywał w Ołomuńcu, gdzie też
został wyświęcony 5 lipca 1922 r. na kapłana przez arcybiskupa ołomunieckiego
Stojana. Przez kilka lat pracował jako katecheta na terenach graniczących z
Polską. Stąd znał doskonale język polski i mentalność Polaków.
W 1934 roku został powołany
na stanowisko adiunkta na cyrylo – metodiańskim wydziale teologicznym w
Ołomuńcu, gdzie uzyskał tytuł doktora teologii. Dalszą karierę naukową dobrze
zapowiadającego się naukowca i dydaktyka przerwała druga wojna światowa. Po jej
zakończeniu powrócił jednak na ołomuniecki wydział teologiczny i w 1947 r.
habilitował się. Wkrótce został docentem, a następnie profesorem zwyczajnym. Z
publikacji naukowych profesora Tomáška cenione są prace
katechetyczno – pedagogiczne, a wśród nich szczególnie „Pedagogika”, „Dydaktyka”
i „Katechetyka” oraz literatura młodzieżowa: „O sensie życia”, „O
sensie miłości”, „Przygotowanie do małżeństwa” i „Wychowanie
moralne młodzieży”.
Jego działalność naukowo –
dydaktyczna została dostrzeżona w Watykanie i już po przewrocie komunistycznym
w 1949 r. został wyniesiony do godności biskupa pomocniczego w diecezji
ołomunieckiej. Sakrę biskupią otrzymał 12 października z rąk arcybiskupa
Ołomuńca Josefa Matochy, na mocy specjalnego upoważnienia papieskiego, bez
ogłaszania tego publicznie. Wkrótce zaczęły się lata najgorszego prześladowania
Kościoła w Czechosłowacji. W nocy 13 na 14 kwietnia 1950 r. w całej
Czechosłowacji siłą i wbrew prawu zlikwidowano wszystkie klasztory. Zakonników
i zakonnice zapędzono do najcięższych robót na polach i w lasach. Dla sióstr
zakonnych zorganizowano też w niewielkiej miejscowości, położonej bezpośrednio
przy granicy polsko – czeskiej, Bila Voda, specjalne miejsce
odosobnienia. Skomasowano tu około 1200 zakonnic z 11 zgromadzeń zakonnych,
zabraniając im przy tym przyjmowania nowicjuszek i prowadzenia przypisanej
regułami działalności. Zakonników i księży wtrącono do więzień lub skierowano
do obozów pracy. Podobny los spotkał także biskupów, którzy nie chcieli ulec
próbom nakłonienia ich do współpracy z reżimem komunistycznym. Internowany
został we własnej rezydencji arcybiskup Matocha, który nie doczekawszy
uwolnienia zmarł w 1961 r. Podobny los spotkał również młodego biskupa Tomáška, którego
zamknięto 23 czerwca 1951 r. w klasztorze koncentracyjnym w miejscowości Żeliv.
Pozostał tam do wiosny 1954 roku. Po zwolnieniu władze zezwoliły biskupowi na
prowadzenie pracy duszpasterskiej w roli zwykłego administratora w parafii Morawska Hruzowa. Potem słyszało się w pewnych kręgach opinie, że w tym okresie miał
uczestniczyć w działalności Komitetu Duchowieństwa na rzecz Pokoju.
W okresie prac Soboru
Watykańskiego II (1962-1965) władze komunistyczne z dużym niepokojem śledziły
wystąpienia emigracyjnych biskupów czeskich i słowackich, by wreszcie na Sobór
wysłać biskupa Tomáška. W 1965 komuniści zwolnili internowanego od wielu
lat arcybiskupa Pragi kard. Josefa Berana, ale pod warunkiem
natychmiastowego opuszczenia kraju i udania się do Rzymu. Władze zgodziły się,
by administratorem osieroconej archidiecezji praskiej został bp František Tomášek, jedyny wówczas biskup pozostający na wolności i aktywny na terenie
Czech i Moraw. Rzecz zrozumiała, że w takich warunkach rodziły się domysły i
podejrzenia, a przynajmniej nieufność, czy przypadkiem bp Tomášek nie współpracuje z
komunistycznym rządem. Z ogromną rezerwą przyjmowano też wypowiedzi biskupa o
otwartości Kościoła wobec rzeczywistości ziemskiej i jego wychodzeniu z getta.
Były to wypowiedzi pionierskie i wręcz rewolucyjne. Dopiero konstytucja
soborowa „Gaudium et spes” potwierdziła słuszność dla tego rodzaju
opinii.
W czasie słynnej Wiosny
Praskiej w 1968 r. odnowa i przemiany objęły również czechosłowacki Kościół. Z
inicjatywy biskupa Tomáška uruchomione zostało „Dilo koncilove odnovy”
(dzieło odnowy soborowej), ruch który po interwencji wojsk radzieckich i Paktu
Warszawskiego szybko rozwiązano. W czasach tzw. „normalizacji” bp Tomášek nadal
starał się realizować swe plany, choć innymi sposobami i w innych warunkach.
Nawiązał zatem bliski kontakt z arcybiskupami Bolesławem Kominkiem z Wrocławia
i Karolem Wojtyłą z Krakowa – późniejszym Papieżem Janem Pawłem II. Znajomość
ta, zwłaszcza z arcybiskupem Wojtyłą zaowocowała stokrotnie w latach
późniejszych.
W dowód uznania za wielkie
zasługi na rzecz Kościoła i praw człowieka Papież Paweł VI wyniósł bpa Tomáška do
godności kardynalskiej, najpierw „in pectore” 24 maja 1976 r. i
publicznie 27 czerwca 1977 r. W trzy dni później 30 czerwca 1977 r. ten sam
Papież Paweł VI mianował go Arcybiskupem Pragi. Miał wówczas 78 lat, rok zaś
jego nominacji przeszedł do historii jako rok Karty 77. W tym czasie kardynał Tomášek cieszył
się już olbrzymim autorytetem nie tylko w swoim kraju, lecz także poza jego
granicami. Gdy w końcu lat 70-tych w Czechosłowacji odrodziła się
antykomunistyczna opozycja, Kardynał wsparł jej działania. Jeśli Kościół w
Czechosłowacji przetrwał, mimo tylu ograniczeń i otwartej z nim walki ze strony
reżimu komunistycznego, to stało się to w dużej mierze dzięki jego strukturom
podziemnym. I tu podkreślić należy ogromną rolę kardynała, który podtrzymywał
te nieformalne struktury, radził się ich w trudnych chwilach i z całą
stanowczością zwalczał proreżimową organizację kapłanów „Pacem in terris”.
Wielki wpływ na postawę
kardynała Tomáška wywarł nowy Papież – Jan Paweł II, z którym od dawna łączyły go więzi
przyjaźni. Od chwili wyboru arcybiskupa krakowskiego na Stolicę Piotra,
Kardynał coraz wyraźniej zaczął się jawić jako symbol oporu Kościoła czeskiego,
słowackiego, a nawet w ogóle oporu chrześcijan wobec wszelkiego rodzaju
przemocy.
W 1986 odbyły się obchody
śmierci św. Metodego z udziałem 250 tys. wiernych z Czech i Słowacji, co było
już wyraźną zapowiedzią nowych czasów. Z tej okazji Papież Jan Paweł II ogłosił
świętych Cyryla i Metodego współpatronami Europy, wraz ze św. Benedyktem oraz
wystosował specjalne orędzie zawierające wezwanie do wolności i sprawiedliwości
oraz obronę praw człowieka, obronę praw i podmiotowości każdego narodu. Orędzie
to nie mogło pozostać bez echa w narodzie czeskim i słowackim. I stąd już 29
listopada 1987 r. ordynariusze i biskupi Czech i Moraw listem pasterskim
ogłosili program „Dziesięciolecia odnowy duchowej i moralnej Kościoła i
narodu czeskiego. Dziesięciolecia przygotowującego milenium męczeńskiej śmierci
św. Wojciecha.” Jednym z twórców programu dziesięcioletniej odnowy był
kardynał Tomášek, mimo iż sam pomysł „Dziesięciolecia” wyrósł oddolnie, od ludzi
średniego i młodego pokolenia. W 1988 r. Kardynał był adresatem petycji
podpisanej przez pół miliona wiernych z Czech i Słowacji, proszących o jego
wsparcie. Zwrócił się też do głowy państwa z propozycją dialogu. Na początku
1989 r. przewodniczył w katedrze praskiej Mszy św. w uroczystość bł. Agnieszki
Czeskiej. W wygłoszonym wówczas kazaniu wystąpił przeciwko gwałceniu praw
obywatelskich i podpisał petycję „Nekolik vet”. Rok 1989 r. był zresztą
przełomowym momentem dla Kościoła czeskiego, kiedy to po naradzie ordynariuszy
5 grudnia 1989 r. w Ołomuńcu, wszyscy biskupi i administratorzy diecezji,
wystąpili z bezkompromisowym żądaniem całkowitego zniesienia kontroli
państwowej nad Kościołem. Jednym słowem żądali wówczas już otwarcie wolnego
Kościoła w wolnym państwie. Wreszcie nadeszła ta wielka i oczekiwana od dawna
chwila wolności. W listopadzie 1989 r. po powrocie kardynała i czeskich
pątników z Rzymu, gdzie została kanonizowaną bł. Agnieszka Czeska, rozpoczęła
się „aksamitna rewolucja”. Arcybiskup metropolita praski, prymas Czech František kardynał
Tomášek opublikował 21 listopada 1989 r. przesłanie „Do wszystkich ludzi w
Czechosłowacji”. W przesłaniu tym, rozpowszechnionym zresztą drogą
nieoficjalną, kardynał Tomášek pisał: „Nie może być mi obojętny los mojego
narodu i wszystkich obywateli naszego państwa. Nie mogę milczeć w chwili, gdy
się zjednoczyliście w potężnym proteście przeciwko bezprawiu popełnianemu na
nas przez czterdzieści lat. Nie można mieć zaufania do takiej władzy
państwowej, która nie chce mówić prawdy, a krajowi z tysiącletnią państwową
tradycją odmawia tych praw i wolności, które są czymś normalnym nawet w młodych
państwach Trzeciego świata (…) Zwracam się także do was, moi bracia i siostry
katolicy i do waszych księży: W tej decydującej godzinie naszej historii nikt z
nas nie może pozostać na uboczu. Raz jeszcze podnieście głos, tym razem w
jedności z innymi obywatelami, Czechami, Słowakami i synami innych narodów,
wierzącymi i niewierzącymi. Prawa do wiary nie można oddzielić od innych
demokratycznych praw. Wolność jest niepodzielna.”
Był to dopiero trzeci dzień „aksamitnej
rewolucji” i trudno było uwierzyć, że tak mocne sformułowania mogły
pochodzić od dostojnika kościelnego, którego przez wiele lat zmuszano do
milczenia. Stąd niektórzy duchowni indagowani przez wiernych, publicznie
stwierdzali nawet, że tekst przesłania jest falsyfikatem. Jednak osoby bliskie
kardynałowi wiedziały i nie ukrywały tego, kto jest autorem tekstu. W niedzielę
24 listopada 1989 r. na praskim wzgórzu Letna odbyła się ogromna
demonstracja będąca szczytowym punktem trwających przez ubiegły tydzień
manifestacji w Pradze, Bratysławie i innych miastach Czech i Słowacji. Przed
południem w katedrze św. Wita, wypełnionej po brzegi wiernymi, została
odprawiona msza św. dziękczynna za kanonizację, z udziałem kardynała Tomáška i
dwóch biskupów, Otczenaszka i Dubovsky´ego. Wszyscy z napięciem
oczekiwali na słowa kardynała i jego oświadczenie, w którym potwierdziłby
autentyczność przesłania. Uczynił to dopiero pod koniec mszy św. mówiąc: „Wysłałem
przesłanie - <Do wszystkich ludzi w Czechosłowacji> - i za każde zawarte
w nim słowo biorę pełną odpowiedzialność. W tej doniosłej godzinie walki o
prawdę i sprawiedliwość w naszym kraju ja i Kościół katolicki opowiadamy się po
stronie narodu. Nikt z nas nie może stać na uboczu, gdy chodzi o lepszą
przyszłość narodu. Proszę was, abyście w tych dniach łączyli odwagę z mądrością
i odrzucili drogę przemocy.”
W ciągu kilku miesięcy
nastąpiły w Czechosłowacji daleko idące zmiany, o których późniejszy prezydent Vaclav Havel powiedział,
że w jego przekonaniu „są istnym cudem. Niemożliwe stało się możliwym.”
Obalony został reżim komunistyczny, wakujące od lat stolice biskupie zostały
obsadzone, powołana została Konferencja Episkopatu Czechosłowacji, wznowiono
stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską i wreszcie doszła do skutku długo
oczekiwana wizyta papieska w dniach 21-22 kwietnia 1990 r. Sędziwy kardynał
dożył więc wspaniałej chwili, w której mógł zobaczyć jeszcze tryumf swojego
Kościoła.
W czerwcu 1990 r. kardynał Tomášek obchodził
91 rocznicę urodził. Nie ukrywał, że czuje się zmęczony i prosił Papieża o
zwolnienie go z urzędu arcybiskupa metropolity Pragi. Watykan jednak się nie
spieszył i dopiero 27 marca 1991 r. Jan Paweł II mianował abpa Miroslava Vlka następcą
kardynała Tomáška. Wyczerpany wieloletnią pracą w jakże trudnych warunkach, coraz
dotkliwiej odczuwał nękającą go od dłuższego czasu chorobę. Skierowany do
szpitala w Pradze zmarł 4 sierpnia 1992 roku, w wieku 93 lat. Na wiadomość o
śmierci kardynała Františka Tomáška Papież Jan Paweł II przesłał na ręce obecnego
metropolity Pragi abpa Miroslava Vlka telegram kondolencyjny, w którym wyraził swój „głęboki
smutek z powodu śmierci tego – jak to określił – mężnego pasterza, który
podczas długich lat swojego kościelnego posługiwania okazał się autentyczną
kolumną Kościoła, nieustraszonym świadkiem Ewangelii i niezmordowanym obrońcą
chrześcijańskiej wiary i praw osoby ludzkiej. Papież podkreślił dalej, że
kardynał, mimo iż napotykał przez całe lata na rozmaite ograniczenia i
przeszkody w swobodnym prowadzeniu swej biskupiej posługi, nigdy jednak nie dał
się zastraszyć, dając tym samym przykład stałości i zaufania Opatrzności Bożej,
a także wierności Stolicy Apostolskiej.”
Pogrzeb kardynała Tomáška odbył
się 12 sierpnia 1992 r. w Pradze. Na hradczańskie spotkanie stawili się
wszyscy, którzy powinni byli się stawić. W pogrzebie uczestniczyli miejscowi i
zagraniczni mężowie stanu, biskupi Czech, Moraw i Słowacji oraz innych krajów
europejskich, kapłani z wielu diecezji, a z praskiej archidiecezji chyba
wszyscy oraz tłumy, które szczelnie wypełniły olbrzymią katedrę i znajdujący
się przed świątynią plac. Po odczytaniu Ewangelii rozpoczęła się pierwsza seria
przemówień, druga miała nastąpić przed złożeniem trumny do grobu. Nie spełniono
tu woli Zmarłego, który w liście pożegnalnym prosił, by z okazji pogrzebu „były
odprawione tylko modlitwy kościelne bez specjalnego przemówienia”. Trudno
było spełnić takie życzenie, kiedy odszedł „wielki człowiek, czynny świadek
epoki, legenda i symbol”.
O PRACY LUDZKIEJ
Trzecia z kolei encyklika
Jana Pawła II, Laborem Exercens, ogłoszona została w 1981 roku, z okazji
90-tej rocznicy Rerum Novarum (1891 r.)
Leona XIII.
Katolicka nauka społeczna –
refleksja nad zagadnieniami społecznymi oparta na prawie naturalnym i
Objawieniu Bożym – w różnych postaciach obecna była w życiu Kościoła poprzez
wszystkie wieki jego istnienia. W czasach nowożytnych dawne formy kościelnego
nauczania okazały się jednak niewystarczające. Dopiero encyklika Rerum Novarum otworzyła drogę dla
katolickiej nauki społecznej bardziej dostosowanej do mnóstwa coraz to nowych
problemów, zdolnej do szybszego reagowania na nie. Dała też początek całej
serii dokumentów poświęconych tej tematyce. Ważniejsze z nich to: Quadragesimo anno Piusa XI (1931 r.), Mater et Magistra Jana XXIII (1961 r.), Populorum progressio (1967 r.) i Octogesima adveniens (1971 r.) Pawła
VI. Zaliczyć do nich można również soborową konstytucję Gaudium et Spes.
Początkowo nauczanie
społeczne Kościoła koncentrowało się zwłaszcza na zlikwidowaniu
niesprawiedliwości społecznych w ramach poszczególnych państw. W późniejszych
dokumentach akcent pada na sprawy ogólnoświatowe; na niesprawiedliwości
rysujące się w wymiarze globalnym. Jan Paweł II w centrum kwestii społecznej
stawia pracę, ów „podstawowy wymiar
bytowania człowieka na ziemi”[1].
Przekonany jest, że procesy jakim obecnie podlega praca ludzka przyniosą nie
mniejsze zmiany w życiu ludzkości niż w XIX wieku przyniosła rewolucja
przemysłowa. Swą encyklikę chce więc poświęcić pracy, a raczej człowiekowi w
kontekście pracy. Tłumaczy: „Jeśli (...),
człowiek <jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła> (RH, 14) (...)
wypada przeto stale wracać na tę drogę i podążać nią na nowo wedle różnych
aspektów”[2]
– a jednym z nich, i to kluczowym, jest właśnie praca.
Człowiek, stworzony na obraz Boży, powołany jest do „czynienia sobie ziemi poddaną” (Rdz 1,
28), a tym samym powołany jest do pracy. Jeśli mówimy o pracy w znaczeniu
przedmiotowym, mamy na myśli różne formy ludzkiej działalności w świecie. W
sformułowaniu „czynić sobie ziemię poddaną” ziemia oznacza pośrednio
cały świat widzialny o ile może on stać się przedmiotem wpływu człowieka i jego
badań. Również i technika, rozumiana jako zespół narzędzi, rozbudowany świat
rozmaitych urządzeń i mechanizmów, powinna być „poddana” człowiekowi, by
istotnie służyła jego dobru. Proces czynienia sobie ziemi poddaną jest
uniwersalny, ogarnia ludzkość każdej epoki a jednocześnie przebiega w każdym
konkretnym człowieku i to w jedyny, niepowtarzalny sposób.
Mówiąc o pracy w znaczeniu podmiotowym, wskazujemy na jej najbardziej
istotny wymiar. Podkreślamy fakt, że podmiotem
i celem pracy jest człowiek. Jest nim jako osoba, byt świadomy i wolny,
uzdolniony do stanowienia o sobie, do planowego, celowego działania. Praca ma
służyć człowiekowi, nie na odwrót. Przez nią ma on doskonalić swoje
człowieczeństwo, urzeczywistniać swe powołanie. O wartości ludzkiej pracy nie
decyduje przede wszystkim rodzaj wykonywanej czynności, ale sam fakt, że jej
sprawca jest osobą. Ważniejszy od samej czynności jest jej podmiot, człowiek.
Ukazuje to choćby przykład Jezusa, który większą część swego życia poświęcił
prostej, fizycznej pracy, a przecież był Bogiem i najdoskonalszym człowiekiem.
Nauka społeczna Kościoła przeciwstawiać się musi poglądom, wedle
których praca jest tylko „towarem”, jaki pracownik „sprzedaje” pracodawcy;
sprzeciwiać się musi jednostronnemu dostrzeganiu jedynie przedmiotowego wymiaru
pracy i traktowaniem człowieka jak „narzędzia produkcji”. Na gruncie podobnych,
degradujących pracownika zjawisk, zrodziła się w XIX wieku tak zwana kwestia
robotnicza. Doświadczenie rażącej krzywdy zmobilizowało robotników do solidarności
i wspólnych działań na rzecz poprawy swej sytuacji. I dziś – mówi Papież -
ludzie pracy niejednokrotnie narażeni są na szereg niesprawiedliwości. Dziś też
potrzeba nowych, nawet szerszych niż dawniej, frontów solidarności. Pamiętamy,
że Papież pisał te słowa na początku lat 80-tych i wówczas miały one szczególne
znaczenie. Jednakże i w naszych czasach nie można odmówić im aktualności.
Choć po grzechu pierworodnym
praca jest dla człowieka niemałym ciężarem („w pocie ... oblicza twego będziesz zdobywał pożywienie” (Rdz 3,
19), to jednak aktualny pozostał pierwotny zamysł Stwórcy: Praca jest drogą, na
której człowiek realizuje swe osobowe powołanie do „panowania” nad widzialnym
światem. Niejako „uszlachetnia materię”,
wykorzystując ją dla swych potrzeb (nie tylko fizycznych); przez pracę również
„urzeczywistnia siebie jako człowiek, a
także poniekąd bardziej <staje się człowiekiem>”.[3]
Jeśli zdarza się, że praca obraca się przeciw człowiekowi, że degraduje go
fizycznie i duchowo, mamy do czynienia z sytuacją nienormalną, z karykaturą
Bożego zamysłu.
Praca nie tylko kształtuje
życie jednostki, ale ma swój wymiar społeczny. Stanowi źródło utrzymania
rodziny i środek do urzeczywistniania jej celów, zwłaszcza wychowania. Człowiek
bowiem „<staje się człowiekiem>
między innymi przez pracę.”[4]
Rodzina istnieje dzięki pracy a także jest szkołą pracy. Praca oznacza
równocześnie pomnażanie dobra wspólnego w ramach narodu oraz wkład w dorobek
całej ludzkości.
Ojciec Święty omawia
pokrótce problemy i konflikty narosłe wokół pracy, przedstawia stanowisko jakie
zajmują wobec niej marksizm i skrajny liberalizm. W odpowiedzi na nie
przypomina głoszoną przez Kościół zasadę pierwszeństwa
pracy przed kapitałem. Wykazuje również, że praca i kapitał nie powinny być
sobie przeciwstawiane, w rzeczywistości bowiem przenikają się. W pojęciu
„kapitał” mieszczą się zasoby natury oraz zespół środków, przez które człowiek
wykorzystuje owe zasoby dla swych potrzeb. Mogą one owocować dla dobra ludzi
tylko dzięki pracy. Trzeba zauważyć, że człowiek sam tych zasobów nie tworzy.
Zastaje rozmaite dobra niejako gotowe, czekające na odkrycie i właściwe
wykorzystanie. Doświadcza „<podstawowego
obdarowania> przez <naturę>, czyli w ostateczności przez Stwórcę. U
początku ludzkiej pracy stoi tajemnica stworzenia.”[5] Ta myśl, jak
podkreśla sam Papież, jest myślą przewodnią całej encykliki. Również i zespół
środków produkcji jest jakimś darem, są one bowiem owocem pracy całych pokoleń;
efektem tego, co inni ludzie już wypracowali na bazie bogactw naturalnych.
Pracując, człowiek odkrywa więc obdarowanie i zależność od Stwórcy i od innych
ludzi.
Rozdzielanie pracy i
kapitału oraz nie przestrzeganie zasady prymatu osoby ludzkiej można nazwać
błędem ekonomizmu (postrzeganie pracy tylko w kategoriach celowości
ekonomicznej) a także błędem materializmu (przedkładanie rzeczywistości
materialnej ponad wartości duchowe). Filozofia materialistyczna, która
rozwijała się wraz z ekonomizmem, nie potrafi zabezpieczyć respektowania
prymatu człowieka przed kapitałem, osoby przed rzeczą. Dynamicznej
industrializacji towarzyszy często swoisty paradoks: Pomnażane są dobra
materialne kosztem człowieka, a przecież one mają służyć jemu, nie na odwrót.
W kwestii własności Kościół
opowiada się za prawem do własności
prywatnej, ale nie traktuje go jako absolutnej zasady (jak chce tego
skrajny kapitalizm). Winno być ono podporządkowane prawu uniwersalnego
przeznaczenia dóbr i powszechnego ich używania. Ponadto własność nie może być
przeciwstawiana pracy, nie można środków produkcji posiadać „dla samego
posiadania” czy też wykorzystywać je do wyzysku ludzi pracy. „Jedynym prawowitym tytułem ich posiadania
(...) jest, ażeby służyły pracy”[6]
. Czasem, przy zachowaniu odpowiednich warunków, wskazane jest
uspołecznienie niektórych dóbr. Należy jednakże unikać zagrożeń płynących z
drugiego skrajnego stanowiska - kolektywizmu. Praktyka dowodzi, że gdy środki
produkcji z rąk prywatnych właścicieli przechodzą formalnie na własność całego
społeczeństwa, w rzeczywistości kontrolę nad nimi przejmuje zwykle wąska grupa
ludzi. Broni ona swego monopolu w zarządzaniu dobrami, posuwając się nawet do
łamania podstawowych praw człowieka. Prawdziwe „uspołecznienie” środków
produkcji miałoby miejsce tylko w przypadku, gdyby została zabezpieczona podmiotowość
społeczeństwa. Pracownik pragnie mieć świadomość, że „pracując nawet na wspólnym, pracuje zarazem
<na swoim>”[7], jako
współgospodarz, jako podmiot obdarzony własną inicjatywą. Takie warunki nie są
spełnione w systemie nadmiernej biurokratycznej centralizacji, gdzie człowiek
jest traktowany jak sterowane odgórnie narzędzie produkcji.
Praca jest moralną
powinnością, ale jest jednocześnie dla pracownika źródłem uprawnień. Pracodawca posiada wobec niego szereg
zobowiązań. Chodzi tu o pracodawcę bezpośredniego (osobę czy instytucję, z
którą pracownik zawiera bezpośrednio umowę o pracę) oraz pośredniego.
„Pracodawca pośredni” to wszystkie czynniki, które mają wpływ na sposób, w jaki
kształtuje się umowa o pracę. Są one zawarte w polityce pracy prowadzonej w konkretnym
państwie, ale również w działaniach innych sił, zwłaszcza w układach i
powiązaniach międzynarodowych. Za złą sytuację pracowników w ubogich krajach
odpowiedzialne są często bogate państwa czy międzynarodowe instytucje.
Jeśli chodzi o prawa ludzi pracy,
to pierwszym zadaniem jest odpowiednie zatrudnienie wszystkich osób
zdolnych do pracy, przeciwdziałanie bezrobociu – również poprzez działania
międzynarodowe. Po drugie, pracodawca bezpośredni winien zapewnić pracownikowi
sprawiedliwą zapłatę. To dzięki niej ma on dostęp do dóbr, które zostały
powierzone całej rodzinie ludzkiej. Sprawiedliwą jest płaca, która „wystarcza na założenie i godziwe utrzymanie
rodziny oraz na zabezpieczenie jej przyszłości”[8]
Wynagrodzenie takie może przybrać formę płacy rodzinnej, zabezpieczającej
potrzeby całej rodziny bez konieczności podejmowania pracy zawodowej przez
współmałżonka. Może to być również świadczenie społeczne, jak zasiłek rodzinny
czy dodatek macierzyński dla kobiety poświęcającej się wyłącznie rodzinie. Każda
osoba ludzka powinna mieć możliwość pracy zgodnie ze swą naturą. W
naturze kobiety leży powołanie do macierzyństwa. Prawdziwy awans społeczny
kobiety wymaga więc stworzenia takiej struktury pracy, by obowiązki zawodowe
nie kolidowały z wypełnianiem roli matki – roli, w której jest niezastąpiona.
Konieczne jest społeczne dowartościowanie zadań macierzyńskich, aby kobieta
mogła oddać się trosce o rodzinę nie czując się w jakikolwiek sposób
dyskryminowana, nawet jeśli zrezygnuje zupełnie z pracy zawodowej.
Ludzie pracy powinni mieć
zapewnione prawo do świadczeń związanych z zabezpieczeniem życia i
zdrowia, prawo do wypoczynku, do emerytury, do odpowiednich warunków
pracy, a także prawo do zrzeszania się w celu obrony swych
interesów. Praca w naturalny sposób łączy ludzi, buduje wspólnotę. Działalność
związków zawodowych nie powinna być rozumiana jako walka przeciw innym, lecz
jako dążenie do osiągnięcia określonego dobra; nie mogą też one kierować się
jakimś rodzajem egoizmu grupowego. Ważne jest, by wśród ludzi pracy prowadzona
była działalność oświatowa, kulturalna, wychowawcza – aby mogli oni stale
rozwijać swe człowieczeństwo. Pracownikom przysługuje prawo do strajku,
jednak powinien on zawsze pozostać środkiem ostatecznym, którego nie wolno
nadużywać i który nie może doprowadzić do paraliżu życia społecznego. Ojciec
Święty podkreśla również konieczność uznania szczególnej godności pracy na
roli i większej troski o ludzi, którzy się jej oddają. Do pracy –
odpowiadającej ich możliwościom – mają również prawo osoby upośledzone.
Osobnym problemem są emigranci. Gdy członkowie danego państwa emigrują
za granicę, najczęściej ponosi ono pewną szkodę. Ojczyzna ma niejako większe
prawo niż inne kraje do korzystania z owoców pracy swego rodaka. Emigracja jest
jednakże w pewnych okolicznościach „złem koniecznym”. Należy wówczas zadbać o
to, by nie pociągnęła za sobą szkód moralnych oraz niesprawiedliwości. Emigrant
nie powinien być upośledzony jako pracownik w kraju, do którego przybywa.
Praca, jak już wspomniano,
odgrywa ogromną rolę w rozwoju duchowym i religijnym. Konieczne jest więc
ukształtowanie odpowiedniej duchowości
pracy tak, by przez swój codzienny trud człowiek mógł „przybliżać się do Boga – Stwórcy i Odkupiciela, uczestniczyć w Jego
zbawczych zamierzeniach (...) i pogłębiać w swym życiu przyjaźń z Chrystusem,
podejmując przez wiarę żywy udział w Jego trojakim posłannictwie: Kapłana,
Proroka i Króla (...)”[9].
Bóg nieustannie działa swą
mocą stwórczą - podtrzymując świat w istnieniu - oraz zbawczą, dokonując uświęcenia
ludzkich serc. W swej pracy, nawet najprostszej, człowiek zaproszony jest do
udziału w stwórczym dziele Boga. Na swoją miarę rozwija i jakby dopełnia to
dzieło, wciąż odkrywając ukryte w naturze zasoby i wartości, odnosząc do Boga
wszystkie rzeczy stworzone. Pierwszą „ewangelią pracy” jest opis stworzenia
znajdujący się w Księdze Rodzaju. Stwórcze działanie Boga jest tam ukazane pod
dwiema postaciami: pracy i odpoczynku. Człowiek jest również powołany do
naśladowania Boga i poprzez pracę i poprzez odpoczynek. Pracując, musi
zarezerwować w sobie pewną „przestrzeń
wewnętrzną, w której (...) stając się coraz bardziej tym, kim z woli Boga
stawać się powinien, przygotowuje się do owego <odpoczynku>, jaki Pan
gotuje swoim sługom i przyjaciołom.”[10]
Ważne jest zrozumienie, że wielkie osiągnięcia ludzkości nie
przeciwstawiają się Bogu, lecz wyrażają Jego potęgę i dobroć. Świadomość
uczestnictwa w dziele Stwórcy jest najgłębszą pobudką podejmowania w świecie
różnorakiej aktywności. Zwłaszcza członkowie laikatu mają za zadanie przez
rozmaite świeckie prace przepajać całą rzeczywistość duchem Chrystusowym;
przyczyniać się do tego, by wszelkie dobra, jakie są w świecie, używane były na
chwałę Bożą i dla dobra ludzi. Wzorem dla nich jest sam Jezus, który spędził długie
lata swego życia przy „zwykłych”, świeckich zajęciach.
Przez pracę człowiek nie
tylko doskonali świat, lecz i samego siebie. „Uczy się wielu rzeczy, swoje zdolności rozwija, wychodzi z siebie i
ponad siebie.”[11] O wiele
ważniejszy od postępu technicznego jest właśnie ów rozwój osobowy oraz postęp w
dziedzinie sprawiedliwości społecznej i powszechnego braterstwa.
Po grzechu pierworodnym
ludzka praca łączy się nierozerwalnie z trudem. Jeśli człowiek łączy ten z
krzyżem Chrystusa, w jakiś sposób współpracuje z Nim w dziele odkupienia
świata. Wtedy również, w mocy Chrystusowego Zmartwychwstania odnajduje w swej
pracy jakiś „przebłysk nowego
życia, nowego dobra, jakby zapowiedź nowego nieba i nowej ziemi (...).”[12]
Oczekiwanie tej eschatologicznej rzeczywistości ma tym bardziej pobudzać
chrześcijanina do aktywności w świecie – aktywności na służbie Królestwa
Bożego.
Działalność masonerii nie
sprowadza się jedynie do prowadzenia walki z tradycyjną myślą chrześcijańską,
społeczną czy kulturową. Wolnomularze próbują propagować nowe treści,
wypracowane w ciągu rozwoju masonerii. Ważną rolę odgrywają hasła - klucze,
którymi masoneria posługuje się od wieków. Do najważniejszych z nich należą: wolność,
równość, braterstwo.
WOLNOŚĆ - dla masonerii
oznacza absolutną niezależność od wszelkiej władzy: Boga, króla, Kościoła,
ojca, małżonka itd. Wolność myśli jest rozumiana jako całkowity brak zależności
od jakiejkolwiek prawdy niezmiennej, od porządku transcendentnego. Prowadzi to
do odmowy podporządkowania się porządkowi naturalnemu i nadnaturalnemu.
Nie pytając nikogo o zgodę i
prawo do wolnego wyboru, masoneria już w 1803 roku ogłosiła się instytutem
wychowawczym całej ludzkości[13].
RÓWNOŚĆ - jest ona tą
zasadą, która stoi u podstaw nowożytnej demokracji. Masońska społeczność nazywa
siebie stowarzyszeniem równych, odrzuca wszelką hierarchię. Początkującemu
adeptowi sztuki królewskiej mówi się, że wszyscy w związku są równi, pomijając
dystynkcje, funkcje lub godności. W praktyce światło masonerii przeznaczone
jest dla niewielu wybranych, którzy zostali wtajemniczeni w wiedzę i mądrość
wolnomularstwa. Loże masońskie wykluczają i odrzucają ludzi ułomnych,
okaleczonych, niepełnosprawnych oraz murzynów i kobiety, ci ostatni uznani są
po prostu za nieodpowiednich. Także wśród członków lóż panuje duch elitaryzmu i
zasada zwierzchności nielicznych wybrańców. Nawet dla tych, którzy posiadają
wyższe stopnie, pewne stanowiska i zaszczyty pozostaną niedostępne, jeśli nie
mają odpowiedniej pozycji społecznej.[14]
BRATERSTWO - jest ideą,
która ma podwójne znaczenie: z jednej strony jest to idea podporządkowania
jednostki opinii wspólnej, zacierania wszelkich różnic między rodzinami,
ojczyznami, religiami, prawem itd., a z drugiej strony jest to idea wzajemnego
wspomagania się między masonami.
Uniwersalistyczne ambicje
masonerii były znane od samych początków nowożytnego wolnomularstwa. W 1740
roku ówczesny wielki mistrz wolnomularstwa, książę z Autin, w swej mowie,
wygłoszonej na uroczystości wielkiej loży francuskiej, zaznaczył z naciskiem,
że wolnomularstwo zostało dlatego założone, ażeby na świecie zaprowadzić
republikańską formę rządzenia. Ta deklaracja była wielokrotnie powtarzana przez
następne pokolenia masonerii.[15]
W 1918 roku została założona
Liga Sąsiadów (League of Neighbours), którą z czasem zreorganizowano i nazwano
Światową Wspólnotą Wyznań (World Fellowship of Faiths), a w 1941 roku
organizacja ta przyjęła nazwę Światowa Wspólnota (World Fellowship). Już w 1942
roku ona zaczęła się domagać, aby Stany Zjednoczone Ameryki Północnej zawiązały
federację państw, które byłyby podstawą przyszłego ogólnoświatowego rządu.
Nawoływano wówczas: Stańmy się już teraz Stanami Zjednoczonymi Świata! Żądano
od Kongresu USA, by zatwierdził ten projekt. Ów plan został jednak odrzucony.[16]
Deklaracja utworzenia
ogólnoświatowej republiki, czyli pewnego rodzaju rządu światowego, została
powtórzona przez wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Francji, Leray’a, na
konwencie w 1968 roku: Przed dwustu laty kawaler de Ramsay zapowiadał
ogólnoświatową republikę. Od tego czasu (...) masoni całego świata
niezmordowanie trudzą się przy jej konstruowaniu. W 1989 roku J. Ploncard
d’Assac napisał: Konstruowanie przestrzeni europejskiej nie jest dla masonów
niczym innym, jak przygotowaniem przestrzeni ogólnoświatowej, Ojczyzny - Ziemi.
W tym samym roku wielki mistrz Wielkiej Loży Francji, G. Piau, stwierdził: Poszukiwanie
wspólnoty europejskiej, jednej i bardziej powszechnej, wchodzi w sposób
oczywisty w obszar naszych refleksji i naszych działań.[17]
Przez parę wieków idea
wspólnoty europejskiej, rozumianej w sensie wspólnoty duchowej, kulturowej,
cywilizacyjnej przychodziła (...) z Francji. Niemałą rolę w krzewieniu tej idei
odgrywali wolnomularze. W wywiadzie dla „Wolnomularza Polskiego” Wielki Mistrz
Wielkiego Wschodu Francji - Gilbert Abergel powiedział: Masoni zawsze byli
Europejczykami. Opowiadali się za Europą, ponieważ byli uniwersalistami. Zawsze
marzyli o Europie. Przy czym nie chodziło im i nie chodzi o Europę w rozumieniu
wspólnoty monetarnej, ale o Europę humanistyczną, kontynent dobrej współpracy
między ludźmi.[18]
Idei budowania wspólnego
świata, rządzonego przez jeden masoński rząd, mają służyć między innymi
międzynarodowe i ogólnoświatowe kongresy i zjazdy masońskie. Podejmowane tam są
deklaracje i postanowienia obejmujące, w duchu braterstwa, członków wszystkich
reprezentowanych na zjazdach lóż.[19]
Bardzo żywotną w masonerii
ideą, wskazującą jednocześnie na jej ambicje i plany, jest myśl o utworzeniu
Stanów Zjednoczonych Świata[20],
o zbudowaniu uniwersalnego świata i jednego ponadnarodowego społeczeństwa.
Jednym z propagatorów idei
ogólnoświatowego rządu był Albert Pike (1809-1891), prawnik, generał
konfederatów z wojny domowej, który w 1850 roku przyłączył się do Illuminatów.
W latach 1859-1871 mieszkając w Arkansas, opracował wojenne plany dla trzech
wojen światowych i przynajmniej dwóch rewolucji, po których ma zapanować na
ziemi nowy porządek.[21]
W sprawozdaniu konwentu
Wielkiego Wschodu Francji z 1932 roku czytamy między innymi: Czyż nie z łona
masonerii wytrysnęła iskra, która spowodowała wyklucie się Ligi Narodów,
Międzynarodowego Biura Pracy i wszystkich instytucji międzynarodowych, co
tworzą znojny, ale owocny zarys Stanów Zjednoczonych Europy, a może i Świata?[22]
Manifest, zwany „Planem z
dnia 9 lipca 1934 roku” zawierał wytyczne dla lóż masońskich, jego główne
punkty:
art. 582 - Unia Europejska
prędzej czy później powinna się narodzić ze sprawiedliwej równowagi i
synarchicznego zjednoczenia dążeń imperialnych: francuskich, brytyjskich,
romańskich, germańskich i słowiańskich, działających w obecnej Europie.
art. 586 - Synarchiczne
Imperium Francuskie widzimy odtąd jako promotora Paneuroafryki w przyszłej
federacyjnej unii wyzwolonych ludów, państw i narodów Europy i Afryki.[23]
Po wojnie rozpoczęła się
batalia na rzecz ogólnoświatowego federalizmu. Dnia 26 lutego 1955 roku odbyła
się konferencja rewizji Karty Narodów Zjednoczonych. Lord Beveridge powiedział
wówczas między innymi: Konieczność zrewidowania Karty powinna się wydawać
logiczna tym, którzy obecnie zdają sobie sprawę, że pojęcie suwerenności nie
tylko jest przebrzmiałe, ale że jest nonsensem i że federalizm jest jedyną
istniejącą opcją.[24]
W 1958 roku w Wersalu odbyło
się posiedzenie Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Rządu Światowego, w
którym uczestniczyli przedstawiciele 38 państw. 8 września 1958 roku
ambasadorzy i parlamentarzyści, reprezentujący swoje państwa podpisali dokument
zwany „Kartą Wersalską”, której ambicją było zastąpić ONZ. Stwierdzono w niej
między innymi: W historii ludzkości nadszedł etap, kiedy ludy, parlamenty i
rządy świata muszą zadecydować o zlikwidowaniu groźby wojny, która wśród tylu
innych nieszczęść przynosi w naszej epoce możliwość całkowitego wygaśnięcia
rasy ludzkiej (...). My, parlamentarzyści z wielu krajów podejmujemy zadanie
zbudowania trwałego pokoju światowego i całkowitego zniesienia wojny.
Uroczyście przyrzekamy, że za pośrednictwem naszych parlamentów i rządów
będziemy się starali osiągnąć nasz cel, by móc uchronić mężczyzn, kobiety i
dzieci świata przed grożącą im zagładą nuklearną. Sposobem dla realizacji tego
celu miało być utworzenie: światowego parlamentu, powszechnej władzy
wykonawczej, międzynarodowych trybunałów sprawiedliwości i światowych sił
porządkowych. Projekt tworzenia ponadnarodowej struktury nazywanej Stanami
Zjednoczonymi Europy jest masońskim projektem socjaldemokratów zachodnich.[25]
Jednym z pionierów
dzisiejszej Wspólnoty Europejskiej był Józef Retinger (1888-1960), szara
eminencja rządu Sikorskiego, mason.[26]
Działał we Francji, Anglii, później w Meksyku, gdzie był doradcą tamtejszego
rządu. Był najbardziej aktywnym organizatorem Bilderbergu (nazwa pochodzi od
hotelu w Oosterbeeck w Holandii, gdzie grupa powstała z inicjatywy księcia Bernharda
Holenderskiego), który stawiał sobie wyraźnie cele polityczno - ideologiczne.
Dotyczyły one między innymi: stworzenia silnej zachodnioeuropejskiej wspólnoty
gospodarczej w ramach szerszej wspólnoty euroatlantyckiej i nowego ładu
światowego, opartego z jednej strony na umocnieniu bezpieczeństwa Europy
Zachodniej i powstrzymaniu komunizmu, z drugiej zaś - pokojowej koegzystencji
ze Wschodem na zasadach przenikania się gospodarek obu systemów.[27]
Podstawą budowania nowego
porządku sfederalizowanego świata jest ekonomia. Masoneria już w okresie
międzywojennym zauważyła: Interesy ekonomiczne są obecnie rzeczywistą
podstawą wszelkich wspólnot narodowych, żadna więc działalność polityczna -
wewnętrzna lub zagraniczna - nie powinna odbywać się bez zaciągnięcia
opinii przedstawicieli ekonomii i wzięcia pod uwagę ich mądrej i dokładnej
oceny. (...) Życie ekonomiczne dostarczy wam podstawy, ale na tej podstawie
powinniście wznieść Radę Państw Europejskich.[28]
W dziejach poszczególnych
państw można znaleźć bardzo dużo przykładów świadczących o zaangażowaniu się
lóż masońskich w polityczną działalność zmierzającą do przejęcia rządów nad
danym społeczeństwem. Polityka, osiągnięcie władzy, dominacji, wpływów w
organach państwa i organizacjach ponadpaństwowych nie jest jednak samoistnym
celem masonerii, ale raczej środkiem do realizacji jej planów. Głównym celem
masonerii jest restauracja świątyni przyrody, w której królują wolność, równość
i braterstwo. Pod tymi hasłami dokonywane były w przeszłości rewolucje i
przewroty społeczne. Te same hasła powracają współcześnie jako obowiązująca
doktryna środków masowego przekazu, współczesnej demokracji i mody
intelektualnej.[29]
dr. inż. Marian Miłkowski
Kilka uwag po powodziach
w lipcu – sierpniu 2001 r.
Odczyt z 20 września 2001 r.
wygłoszony w Dolnośląskim Oddziale Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas
Christiana”
Szanowni Państwo!
Przed czteroma miesiącami, 24
maja zaprezentowałem tu odczyt „Odra w publikacjach prasowych i
opracowaniach”, dziś – mając wsparcie znanego już Państwu, siedzącego obok
mnie, p. inż. Romualda Siepsiaka, dyrektora Wydziału Zarządzania Kryzysowego
Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu – zdecydowałem się urządzić swoistą prasówkę,
której tłem i kanwą są powodzie, jakie dotknęły nasz kraj, a szczególnie
dorzecze górnej Wisły w lipcu i sierpniu br. Przy czym wyraźnie muszę
podkreślić, iż – jak nigdy dotąd – było wiele powodzi lokalnych spowodowanych
ulewnymi lub dłużej trwającymi deszczami, a w kilku przypadkach były one
skutkiem nawałnic (popularnie zwanych oberwaniami chmur). Z reguły jednak
powodzie te i olbrzymie szkody są w znacznej mierze spowodowane ludzkimi,
najczęściej urzędniczymi, zaniechaniami.
Właściwe też będzie odnotować
kilka faktów dotyczących wprost lub także m.in. Dolnego Śląska. I tak np. 11
czerwca 2001 r. zorganizowano naradę nt. Studium modernizacji systemu
ochrony przeciwpowodziowej miasta Wrocławia, opracowanego przez
kilkunastoosobowy zespół specjalistów z udziałem głównie naukowców z naszej
Akademii Rolniczej. Przyjęto w jej wyniku ustalenia sygnowane przez Marszałka i
Wojewodę Dolnośląskiego, Prezydenta Wrocławia i Starostę Powiatu Wrocławskiego.
Z kolei 24 lipca br., p. dyr.
R. Siepsiak, zorganizował w Urzędzie Wojewódzkim spotkanie: „W 4 lata po
powodzi”, niestety ulewny deszcz uniemożliwił tegoż dnia zapoznanie się z
odbudowanymi wałami odrzańskimi i jazami (szczytnickim i bartoszowickim).
Zapoznanie się z tymi obiektami miało miejsce 31 lipca.
Za bardzo doniosły fakt
należy uznać uchwalenie (wreszcie!), 18 lipca przez Sejm prawa wodnego, którego
przygotowanie trwało kilkanaście lat i miało ponad 30 (trzydzieści!) projektów
– wersji. Nie zostało ono jeszcze opublikowane w Dzienniku Ustaw, a zastąpi
prawo z 1974 r. wchodząc w życie od początku 2002 r. Ureguluje ono prawnie
gospodarkę wodną kraju dostosowując ją legislacyjnie do wymogów europejskich.
Te lipcowe powodzie, na
górnej Wiśle a przede wszystkim nawałnicowe w Słupsku i w Gdańsku – Oruni 9
lipca 2001 r. zmobilizowały nareszcie Sejm do uchwalenia w trybie pilnym 26
lipca ustawy o cywilnej gotowości i zarządzaniu kryzysowym w czasie pokoju!
(Przypomnieć tu muszę, że Prezydent RP projekt tej ustawy przedłożył Sejmowi
zaraz po powodzi 1997 r.)
Wreszcie w Dz.U. nr 95, poz.
1041, ogłoszony został – z mocą od 7 września 2001 r. – wykaz miejscowości
(podobno kilku tysięcy) dotkniętych powodzią oraz skutkami osuwisk i huraganów,
które będą mogły liczyć na pomoc państwową.
6 lipca Sejm, 2 sierpnia
Senat przyjęli uchwałę o realizacji w latach 2002 – 2015 „Programu dla Odry 2006”.
Prezydent ustawę tę podpisał 30 sierpnia br. Jeszcze nie ukazała się drukiem.
Jaki los spotka ten program trudno dziś wróżyć, gazety, m.in. „Gazeta Wyborcza”
z 16 sierpnia 2001 r. wpisały go na listę ustaw kosztownych dla budżetu i w
związku z tym Minister Finansów widzi konieczność zawieszenia wejścia jej w
życie ze względów oszczędnościowych, tj. dla ratowania budżetu Państwa od 2002
r., ergo pozostaje zagadką od kiedy rzeczywiście ten – tak długo rodzący się
program – wejdzie w etap realizacji.
Przechodząc do problemu
powodzi jakie dotknęły nasz kraj w tym roku zaczynam od powodzi w Gdańsku
(powódź w Słupsku, przeszła jakby zupełnie nieistotna, ot coś w cieniu
Gdańska).
Powodzi gdańskiej poświęcono
wiele publikacji, że nie wspomnę o relacjach w TV i radiowych.
Najwartościowsze, to te w „Polityce” z 21 lipca 2001 r. i w „Gazecie Wyborczej”
z 14-15 lipca 2001 r.
W 6-ciu miejscach został
przerwany 600 lat liczący kanał (Lateralny) Raduni. W dniu 28 września 1999 r.
zaprezentowano na seminarium w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku opracowany na
zlecenie RZGW w Gdańsku „Kompleksowy regionalny program ochrony
przeciwpowodziowej doliny rzeki Wisły (z uwzględnieniem Gdańska)”. Autorzy,
naukowcy i projektanci, zwracali m.in. uwagę, że kanał ten jest zamulony i mógł
przepuścić tylko 22 m3/s wody, a ulewa z 9 lipca 2001 r. dała
przepływ 52,8 m3/s. Opracowanie zostało schowane pod przysłowiowe
sukno. Nikt nim po 1999 r. nie zainteresował się, prezydent miasta Gdańska – P.
Adamowicz stwierdził po katastrofie, że raportu nie znał. W sprawę weszła
Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, bo m.in. stwierdzono, że w wałach tego kanału
poprowadzono (współczesne!) rurociągi i instalacje, które kładąc musiano te
obwałowania naruszyć. Co więcej – wg „Magazynu Gazety Wyborczej” z 16 sierpnia
2001 r. – „Po raz ostatni z kanału spuszczono wodę kilkanaście lat temu.
Czyszczono dno w śródmieściu”, s. 51. Na dnie kanału leżały jeszcze 30 lat
temu tory kolejki do wywożenia szlamu przy oczyszczaniu kanału, czyszczono go 2
razy rocznie. Ale to było dawno. Później widocznie było to zbędne.
Konkluzja z tego jedna:
zlekceważenie możliwości groźby katastrofalnej powodzi. Przypuszczalnie przy
rozumowaniu, że w ujściu Wisły to nie może się zdarzyć.
Przyjrzyjmy się innej
lokalnej powodzi, a to zalaniu Ostrowca Świętokrzyskiego w nocy z 24/25 lipca
2001 r.
Otóż u ujścia niewielkiej
Świśliny, dopływu prawostronnego rzeki Kamiennej, uchodzącego do niej około 8
km powyżej Ostrowca Świętokrzyskiego budowany jest zbiornik wodny Wióry o
pojemności całkowitej 35 mln m3 (użytkowej 20 mln m3 i o
rezerwie powodziowej 8 mln m3). „Budowany”, to za mocno powiedziane.
Był on ujęty w „Programie Wisła” z 1978 r., ale roboty przerwano wkrótce po
rozpoczęciu (w 1981 r.) z braku pieniędzy, by podjąć je na nowo 5 lat później.
Lecz to nie była kontynuacja robót a zwykłe grzebanie się i pozorowanie robót i
fala powodziowa rozmyła nie tamę (zaporę), lecz prowizoryczną grodzę i
podwyższona o wodę spiętrzoną tą grodzą runęła do rzeki Kamiennej – już
wezbranej – a ta na Ostrowiec Świętokrzyski. Skutek: 500 osób ewakuowanych z
podtopionej prawie, połowy miasta, sporo zniszczonych zabudowań i szacunkowo 4
mln zł strat.
Pytanie: dlaczego nas stać na
taką realizację inwestycji, tj. z przerwami przez 22 lata?
Będąc zaś już w rejonie świętokrzyskim
przypomnijmy, że tuż koło Kielc, ok. 6 km na wschód, na niewielkim zalewie w
Cedzynie na Lubrzance (dopływie Czarnej Wody uchodzącej do Czarnej Nidy)
szarpano się przez dobę z niesprawną klapą upustową! Z kolei, gdy niszczone
były „Wióry” wezbraniem rzeki Świśliny przypomniano, że powyżej Ostrowca, w
Brodach Iłżeckich na Kamiennej pracuje od 1964 r. niewielki zbiornik retencyjny
o pojemności 7,3 mln m3 i że po ulewach musi on zrzucać szybko wodę.
We wszystkich mediach
informacyjnych pokazywano „smaczki” np. taki, że w Sandomierzu, gdzie podobnie
jak we Wrocławiu – do wałów przeciwpowodziowych przylegały ogródki działkowe.
We Wrocławiu pojedynczy działkowicze (ale i ich prezes) protestowali przeciwko
drodze u stóp wału nie bacząc na dobro miasta, zaś w Sandomierzu, w
potężniejszych, niż nasze odrzańskie, wałach wiślanych działkowicze pobudowali
bardzo zgrabne piwnice! Co więcej, rowy odwadniające zasypywano od lat
odpadami, żużlem i popiołem, śmieciami itd. I to wszystko – jak napisała
„Polityka” nr 32 z 11 sierpnia 2001 r. (s. 17) – przy „przymykaniu oczu
przez włodarzy Sandomierza”.
Zjawisko to, tj. zasypywania
sukcesywnego, bezmyślnie, rowów, nie konserwowania ich regularnie, nie koszenia
trawy, zaś już tradycyjnego wywożenia wszelkich niepotrzebnych w gospodarstwie
sprzętów i odpadów do potoków górskich, tak groźne przy lokalnych nawałnicach –
co pokazały lipiec i sierpień br. – skutkowały przemieszczaniem się rzecznych
koryt, niszczeniem inflastruktury technicznej i zabudowań, casus Maków Podhalański
i inne. I co najdziwniejsze, to lekceważenie konserwacji rowów i kanałów nawet
tam, gdzie się z nich dosłownie żyje, bo na Żuławach Wiślanych!
I wreszcie – proszę wybaczyć
słowa – kliniczny przykład prywaty i zapatrzenia się w koniec własnego nosa.
Oto „Gazeta Wyborcza” z 10 września przyniosła przerażający reportaż J.
Sidorowicza: „Nam woda nie grozi” traktujący o powodziowej rzece Uszwicy
i o leżących nad nią wsiach Gosprzydowa i niżej Uszew (pow. Brzesko). Uszwica,
to prawy dopływ Wisły uchodzący do niej w dół od historycznych Koszyc, w
połowie odległości między Rabą a Dunajcem. Autor napisał:
„Uszew leży na równinie
wzdłuż drogi (nr 212) z Brzeska do Nowego Sącza. Gosprzydowa – nad nią, na
okolicznych wzgórzach.
Wielka woda przychodzi zawsze
od strony Gosprzydowej. Niczym walec spada na Uszewskie domy (…) W Gosprzydowej
powódź znają bardziej z telewizji niż z rzeczywistości. Koryto rzeki głębokie,
domy dalej – porozrzucane po wzgórzach (…)
Gosprzydowa mogłaby uratować
niżej położonych sąsiadów. Wystarczy 48 hektarów w dolinie rzeki pod sztuczny
zalew, który przejmie nadmiar wody z topiącej Uszew rzeki. Przegrodzenie doliny
tamą planowano już w latach 60-tych (…) Odkurzono go 4 lata temu, gdy Uszwica
spustoszyła wszystko na swej drodze. Inwestycję wpisano do strategii rozwoju
powiatu (…) Jednak Gosprzydowa powiedziała nie.
Rolnicy, którzy na 48 zalewowych hektarach
pasą krowy i zbierają siano, zapowiedzieli staroście brzeskiemu, że zbiornika
nie będzie, bo za grosze takiej ziemi nie oddadzą (…).”
Właściciele zażądali
przynajmniej po 7.000 zł/ar, gdy starosta brzeski uważa, że grunt jest wart
może 200-300 zł/ar. Szkody powodziowe w gm. Gnojnik, w której leży Uszew,
kosztowały 30 mln zł za ostatnie 4 lata. Bez tegorocznej!
Żadne mediacje, m.in.
personalne marszałka województwa – M. Nawary, nie dają żadnych efektów. Również
argumentacja naukowców, w tym Elżbiety Nachlik – profesora z Politechniki
Krakowskiej.
Przy lekturze informacji
popowodziwych w niefachowych dziennikach i tygodnikach nasuwają się m.in. takie
oto, wcale nie optymistyczne, uwagi:
a)
doświadczyliśmy,
jako kraj, ponad 20 powodzi w ciągu miesiąca czasu licząc od 9 lipca 2001 r.,
przy czym w większości były to zdarzenia lokalne, ale dla dotkniętych
miejscowości zawsze niosące zniszczenia i paraliż normalnego życia na długi
czas. Na tym tle ponownie zaczęto forsować ideę, jako jedyną, słuszną, budowy
(pilnie!) małych zbiorników retencyjnych. Małe zbiorniki to te o pojemności do
5 mln m3. Spróbujmy w bardzo uproszczonym rachunku policzyć jak to
się kształtuje relacja mały zbiornik a ulewny deszcz na niezbyt dużym obszarze.
Za przykład biorę Polkowice, które zostały, z okolicą, poważnie podtopione w
lipcu br. opadami – jak podała TVP – rzędu 120 mm w ciągu niespełna 3 godzin.
Zakładam, że opady te dotknęły
tylko połowę gminy Polkowice, tę na wschód od szosy Lubin – Polkowice - Nowa
Sól, tj. obszar ok. 18 km2. Otóż na tej powierzchni, zalesionej na
południu i ze zbiornikiem szlamów Żelazny Most na wschodzie i z rzeczułką
Moskorzynką na granicy północnej (płynąca w kierunku Odry powyżej Głogowa),
spadło (18.000.000 m2 x 0,120 m) = 2,160 mln m3 wody, co
gdyby nie było retencji leśnej i wsiąkania w grunt oznaczałoby, że ok. 2 mln m3
przejąłby zbiornik. O ile byłby próżny, a deszczu przed i poza tymi 3 godzinami
nie było. Co więcej trzeba byłoby znaleźć miejsce pod budowę takiego zbiornika,
co wcale nie jest łatwe.
Z drugiej strony warto sobie
uzmysłowić, że z takich opadów w ciągu 3 h na obszarze 18 km2, gdyby
całość wody spływała jednym korytem, to mielibyśmy w końcowym przekroju
przepływ aż 200 m3/s, czyli tyle ile normalnie prowadzi Odra we
Wrocławiu – Rędzinie.
Oczywiście lokalizacyjnie
sytuacja jest prostsza w terenie górzystym lub pagórkowatym, lecz w tym roku
tak w zlewni górnej Wisły (Lachowice, Maków Podhalański) i w Kotlinie Kłodzkiej
wystąpiły zjawiska – zdaniem mieszkańców – dotychczas niespotykane: po dłuższym
czasie ulewnych opadów zaczynała nagle z lasów płynąć olbrzymia fala wody
każdym rowem, obniżeniem itp., a po nasyceniu gruntu wodą – i tym samym po
wzroście obciążenia terenu i swoistego upłynnienia – nastąpiły osuwiska gruntów
na całych zboczach i to warstwą często 2-3 m!
Wniosek jeden – znany
hydrologom i hydrotechnikom – las retencjonuje wodę opadową, lecz gdy chłonność
zostaje wyczerpana, zwiększa spływ powierzchniowy. (Z drugiej zaś strony
poświadczyło to lekceważenie rozpoznania geologicznego, nieco głębszego,
terenów pod budowę domów itp. na zboczach, nawet niezbyt stromych, a także
lekceważenie groźby strumyków czy nawet rowów – zwykle nie pielęgnowanych,
zasypanych i zarośniętych, po ulewach lub dłużej trwających opadach).
b)
nieodpowiedzialność
mediów, zwłaszcza gazet – szukających wszędzie i zawsze sensacji – w „edukacji
przeciwpowodziowej”.
Ludzie zagrożeni powodzią w sposób ewidentny odmawiali ewakuacji, podjęcia nawet nieco większych zabezpieczeń, argumentując, że „tu nigdy wielka woda nie sięgała, a ponadto to nie idzie powódź 1000-letnia jak w 1997 r.”. Co więcej, dano sporo publikacji jeśli nie bzdurnych to nierzetelnych, casus:
Adam Zubek: „Polskie
powodzie” („Magazyn Gazety Wyborczej” z 23 sierpnia 2001 r.) już w podtytule na
s. 5 plecie, że powodzie:
„Południe
Polski nawiedzają wiosną. Północ zalewają latem. Te katastrofalne
<powinny> pojawiać się średnio co 20 lat. W ostatnich stu latach
nawiedzały nas jednak jakby częściej.”
Co tu znaczy
„powinny” i częstotliwość – bądź co bądź probabilistycznie wyliczona –
20-letnia?
Dalej autor
opisuje „Wielkie powodzie w Polsce” poczynając od 1903 r. do 1997 r., często
myli fakty i generalnie negliżuje Odrę. Oparł się na popularyzującej książeczce
J. Orlewskiego „Alarm trwa!” z 1962 r., gdy od 3 lat mamy, naprawdę świetne,
„Monografie powodzi, lipiec 1997”, odrębne dla Wisły i Odry. Nie zabrakło
natomiast u niego „polderów – niestety zaniedbanych w okresie powojennym” (s.
6; to o Wrocławiu), a także przemieścił wodowskaz Chałupki do Miedoni itd. itp.
Traktując o
„Prawach rzeki” (to odkrycie autora!) epatuje czytelnika: „Trzeba umacniać
brzegi, wznosić zapory, ale najkorzystniejsza jest <zabudowa biologiczna
zlewni>, czyli maksymalne zalesianie i zakrzewianie. Roślinność to naturalna
<gąbka>, która zmniejsza groźbę powodzi, a także przeciwdziała erozji
gleb, zapobiega lawinom błotnym i osuwiskom.” Poplątanie prawdy z
wyobrażeniami m.in. zalesienie staje się lasem dopiero po ok. 50 latach, czyli
zatem przyniesie ochronę naszym prawnukom.
c)
jak
zwykle, przy każdej katastrofie, nieszczęściu regionalnym czy nawet przy
większych przedsięwzięciach inwestycyjnych nasi ekologiści muszą zaistnieć w
pierwszym rzędzie bojowników. Oczywiście tylko ich racje są słuszne. I tym
razem nie zawiedli i w numerze lipcowo – sierpniowym 2001 r. naczelnego swojego
periodyka („Biuletyn PKE”), w artykule: „W przyszłości straty powiodziowe
będą rosły” (s. 7) krzyczy się, że „wały nie stanowią 100-procentowej
ochrony przed żywiołem”, a zatem należy – co słuszne – „opracować i
wdrożyć nowoczesny, zintegrowany system ochrony przeciwpowodziowej (…) Powinien
on m.in. obejmować rozszerzanie koryta wielkich wód przez przesunięcie wałów
dalej od głównego nurtu rzeki, na wprowadzeniu polderów zalewowych (…).”
I to, pierwszy raz przyszło
mi coś takiego czytać, wojujący ekolog – Piotr Nieznański, kierownik projektu
WWF „Odra”, łagodzi to kategoryczne żądanie pisząc, że jedynie „tam, gdzie to
możliwe przywrócenie rzece terenów zalewowych na obszarach jeszcze
niezabudowanych”. A więc gdzie konkretnie?
Od kilku lat, m.in. z
udziałem naszego Wojewódzkiego Biura Urbanistycznego opracowywany jest plan
przeciwpowodziowego zagospodarowania przestrzennego Nadodrza. Niestety – może
ktoś mnie tu skoryguje – nie ma nadal, a powinna być w każdej nadodrzańskiej
gminie – mapy zalewu, na obszarze którego byłby zakaz lub specjalne
uwarunkowania zabudowy.
d)
Inne
zagadnienie. Światowa Komisja ds. Zapór (WCD) w ciągu 2 lat kosztem 10 mln $
przeanalizowała pozytywne i negatywne aspekty około 1000 zapór w 79 krajach
dając raport: „Zapory a rozwój: Nowe zasady podejmowania decyzji.” Był
on przedstawiony przez organizacje ekologiczne na konferencji w Warszawie 6
lipca br. Mówi się o nim obszernie na s. 7 wspomnianego „Biuletynu PKE”, Kraków
– lipiec/sierpień 2001 r. I wszystko byłoby O.K., lecz gdy się sięgnie po
fachowy miesięcznik „Gospodarka Wodna” nr 8/2001 i zapozna się z ponad dwu
szpaltową informacją Z. Bagińskiego, to okaże się, że „Biuletyn PKE” eksponuje
raczej stanowisko radykałów, gdy „GW” prezentuje także zastrzeżenia chwaląc
jednocześnie raport. Czyli nihil novi sub sole, albo jak z opiniami dwóch
ekspertów wysłanych do Afryki dla sporządzenia opinii czy będzie tam zbyt na
buty.
e)
W
„Rz.” z 3 sierpnia red. K. Forowicz woła w nadtytule, że „ponad połowa zapór
wodnych liczy 50 i 100 lat. 2000 km wałów jest w złym stanie technicznym”,
ale podobne konstatacje znaleźć można i w innych publikacjach i jakoś nie ma po
nich żywszej reakcji społeczeństwa. Czyżbyśmy się już na to uodpornili?
Przeraża mnie to, ale po lekturze dalszej części artykułu zaczynam się
zastanawiać: dokąd uciekać? kiedy kraj nasz dosięgnie apokalipsa we
współczesnym, powodziowym wykonaniu?
Podaje ona, że:
„Pełne rozpoznanie stanu
technicznego budowli hydrotechnicznych: zapór wodnych, zbiorników, jazów,
obwałowań wzdłuż rzeki zawiera raport przygotowany przez Główny Urząd Nadzoru
Budowlanego w lutym tego roku, przedstawiony podczas posiedzenia Komitetu Spraw
Obronnych Rady Ministrów (…) Główny Komitet Przeciwpowodziowy nie dysponuje tym
raportem.
- Nie mamy do
niego dostępu – zapewnia też Piotr Rutkiewicz, dyrektor Dep. Zasobów Wody w
Ministerstwie Środowiska (…)
Raportu nie
udostępnimy dziennikarzom – zaznacza wiceprezes Urzędu, Jerzy Putkiewicz (…).”
O co tam chodzi? Dlaczego ten
raport jest tak poufny i niedostępny, skoro wiadomo, że dotyczy 1.714 obiektów
hydrotechnicznych i ok. 8.000 km obwałowań (z tego 1.938 km w złym stanie).
Czy to nie w tym kontekście
należy umieścić wypowiedzi Macieja Musiała, ministra – szefa Kancelarii Prezesa
RM (vide „GW” nr 8/2001, s. 316), że „powodzi nie da się uniknąć”, a
także Ryszarda Grosseta, zastępcy szefa Obrony Cywilnej Kraju („Polityka” z 4
sierpnia 2001 r., s. 16), że „Przed powodzią się nie uchronimy w naszej
szerokości geograficznej. Dlatego ważna jest profilaktyka, system monitorowania
i wczesnego ostrzegania.”
Ale czy my mamy tym się
zadowolić? Na ile możemy być spokojniejsi o jutro, o życie za rok, czy może
dopiero za 10 lat?
f)
Na
zakończenie 3 krótkie informacje:
1)
rozpisano
przetarg na „Studium drogi wodnej Odry na odcinku Koźle – Ostrawa przy
uwzględnieniu etapowej realizacji zbiornika Racibórz (do 290 mln m3)
oraz obiektów ochrony przeciwpowodziowej doliny Odry od Raciborza do Koźla” z
terminem złożenia ofert do 18 bm.;
2)
w
dniu 19 października 2001 r. w hotelu Park – Plaza odbędzie się V
Międzynarodowe Kollokwium Odra 2001 nt. Rola odrzańskiej drogi wodnej w
europejskiej sieci dróg transportowych (z 10-ma niemieckimi i polskimi
referatami);
3)
ukazała
się broszura GUS: „Żegluga śródlądowa w Polsce w latach 1996 – 2000” (edycja
polsko – angielska, 10 zł).
I jeszcze dwie smutne
„michałówki”:
1)
„Polityka”
nr 33/2001, s. 29, opublikowała artykuł prof. P. Stępnia z Uniwersytetu
Warszawskiego m.in. piszącego o „zasługach in minus” br. – min. R. Gawlika w
dziedzinie badań genetycznych;
2)
z
kolei wszystkie gazety codzienne z 7 bm. szeroko zrelacjonowały jak za 50.000
USD + 240.000 zł stowarzyszenia ekologiczne odstąpiły od protestów w Łodzi.
[1] LE, 4
[2] LE, 1
[3] LE, 9
[4] LE, 10
[5] LE, 12
[6] LE, 14
[7] LE, 15
[8] LE, 19
[9] LE, 24
[10] LE, 25
[11] LE, 26, za: Gaudium et spes,
35
[12] LE, 27
[13] S. Załęski, O masonerii w Polsce od roku 1738-1822, cz. 1. Dzieje masonerii w Polsce, Kraków 1908, s. 4-7, cytat za: A. Zwoliński, op. cit., s. 45.
[14] J. Shaw, T. McKenney, Śmiertelna pułapka, Gdańsk 1993, ss.
161-162, 169-170.
[15] J. Paczyński, Groźne widmo rewolucji światowej, Tarnów
1934, s. 90.
[16] R. Gładkowski, Kandydatom na polityków, Toronto 1986,
s. 17-19, w: A. Zwoliński, op. cit., s. 47.
[17] Por. R. Gładkowski, Magnum delirium, Toronto 1989, s. 25-29.
Idea utworzenia stanów zjednoczonych Europy (Paneuropy) ma źródło masońskie.
Między ruchem politycznym, znanym pod nazwą Paneuropa,
a masonerią istnieje ścisły związek. Prezydentem unii Paneuropa był dr Richard Nicolaus Coudenhove- Kalergi, którego
przynależność do masonerii potwierdziła „Wiener- Freimaurerzeitung”. Za: A.
Zwoliński, op. cit., s.47.
[18] Od Europy chorej - do Europy marzeń. Rozmowa z Wielkim Mistrzem
Wielkiego Wschodu Francji, Gilbertem Abergel. Rozmawiał Adam Witold Wysocki, Wolnomularz Polski nr 3 (bez daty
wydania), s. 3, za: S. Krajski, Masoneria
polska i okolice, Warszawa 1997, s. 189-190.
[19] Kronika ważniejszych
międzynarodowych spotkań masońskich za lata 1900- 1931 podana w: E. Lenhoff, O.
Posner, Internationales Freimaurerlexikon, Zurych - Lipsk- Wiedeń, 1932, s. 48.
[20] Idea Stanów Zjednoczonych
Europy przyszła z Ameryki i od początku traktowana była jako etap na drodze do
utworzenia Stanów Zjednoczonych Świata. Już w 1917 roku w masońskim czasopiśmie
American Freemason z czerwca i lipca
(s. 304) brat Morcombe pisał: To nie
wielka Mitteleuropa da inspirację i przykład demokratycznej wspólnoty narodów,
Stanów Zjednoczonych Świata, Federacji Światowej (...), ona zostanie
ustanowiona na szerokiej podstawie woli i sumienia narodów, za: A.
Zwoliński, op. cit., s. 79.
[21] R. Gładkowski, Myślącym pod rozwagę, Toronto 1984, s.
18.
[22] Za: A. Zwoliński, op. cit.,
s. 79.
[23] Cytat za: A. Zwoliński, op.
cit., s. 79-80.
[24] Tamże.
[25] S. Sopicki, Stany Zjednoczone Europy, Prąd, R. XIV:
1926, nr 2, s. 89-95; P. Virion, Czy już
wnet rząd światowy, anty i super
Kościół?, Paryż 1967, s.
61-127; R. Gładkowski, Adveniat regnum
tuum, Toronto 1990, s. 93; J. Narbutt, Błąd
w rachunku sumienia, Ład, 11 VII 1993, nr 24, w: A. Zwoliński, op. cit., s.
80.
[26] Zob. też: J. Ośko, Józef Retinger - tajny integrator, Nasz
Dziennik, 25 maja 2000, nr 121 (707), s. 5.
[27] A. Arciuch, Kto rządzi światem?, Spotkania, 24 XII
1992– 6 I 1993, nr 52-53, s. 16-17; por. J. H. Retinger, Polacy w cywilizacjach świata, Gdańsk 1991.
[28] Cytat za: A. Zwoliński, op.
cit., s. 83.
[29] Tamże.