U NAS

____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________      

PISMO ODDZIAŁU DOLNOŚLĄSKIEGO

KATOLICKIEGO STOWARZYSZENIA „CIVITAS CHRISTIANA”

___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Nr 10(45)  *  Rok (VIII) 2001  *  listopad

______________________________________________________________________________

 

 

Protest Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”

przeciw obrażaniu uczuć religijnych Polaków

 

Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana” wyraża stanowczy protest wobec prowokacji, jakiej dopuścili się polscy pseudo-twórcy i ich mecenasi na wystawie „Irreligia” w Brukseli i pokazie mody w Londynie. Bezczeszczenie wizerunków Chrystusa i Matki Bożej Jasnogórskiej, stanowiących dla naszego Narodu największe świętości, rodzi nie tylko żal, ale i oburzenie. Tego rodzaju forma obrażania uczuć religijnych milionów Polaków jest nie tylko niegodziwością moralną, ale postępowaniem ściganym przez prawo. Domagamy się stanowczej reakcji ze strony odpowiednich władz państwowych, które są zobowiązane strzec elementarnych praw ludzi wierzących w naszej Ojczyźnie.

Pragniemy jednocześnie wyrazić naszą głęboką solidarność z ojcami paulinami, kustoszami Sanktuarium Matki Bożej Jasnogórskiej, których ta prowokacja dotknęła w sposób szczególny. Szarganie świętych symboli, które wyrażają nie tylko naszą religijną, ale także narodową tożsamość, musi być przedmiotem naszego wspólnego zatroskania. Łączymy się z nimi w modlitwie o poszanowanie tradycji, z której wyrasta nasz naród i cała jego kultura.

 

Przewodniczący Zarządu Głównego

Katolickiego Stowarzyszenia

„Civitas Christiana”

 

Ziemowit Gawski

 

Warszawa, 9 listopada 2001 r.

 

 

Czy my prawdziwie czynimy wszystko, co jest potrzebne do trwałego budowania pokoju Bożego w naszej Ojczyźnie? Każdy na to pytanie sam sobie musi odpowiedzieć, zależnie od tego, co mu sumienie mówi. W Ojczyźnie naszej najważniejszym czynnikiem ładu i spokoju, owocności i skuteczności pracy, a nawet pomyślności społecznej i gospodarczej, jest sumienie obywateli. Bo cóż z tego, że będziemy bez końca wyliczali najrozmaitszych winowajców, że będą oni nawet ukarani zgodnie ze swoimi uczynkami, jeżeli życie całego Narodu, a więc każdego obywatela – pozostanie bez zmian?

Kardynał Stefan Wyszyński

 


Ks. prof. Józef Pater

 

 

Kardynał František Tomášek (1899-1992)

 

tekst wykładu wygłoszonego 28 września 2001 r. w czasie sesji

pt. „Ksiądz Kardynał František Tomášek – droga Kościoła Czeskiego w systemie totalitarnym”

zorganizowanej przez nasze Stowarzyszenie i Muzeum Archidiecezjalne we Wrocławiu

w ramach XII Polsko – Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej

 


Dnia 4 sierpnia 1992 r. zmarł w Pradze 93-letni kardynał František Tomášek, emerytowany prymas Czech i Moraw, prawy człowiek, wybitny kapłan i niezmordowany obrońca Kościoła i praw ludzkich. Już za życia cieszył się wielkim autorytetem wśród całego społeczeństwa, stając się symbolem niezłomności i legendą.

František Tomášek urodził się 30 czerwca 1899 r. w Studence na Morawach (archidiecezja ołomuniecka). Gdy miał siedem lat zmarł mu ojciec, w związku z czym trud wychowania i wykształcenia sześciorga dzieci przejęła matka. W czasie pierwszej wojny światowej służył w armii austriackiej, w której byli także Polacy. Po latach wspominał nawiązaną wówczas przyjaźń z Polakami i polskie piosenki, których się od nich nauczył. Studia teologiczne odbywał w Ołomuńcu, gdzie też został wyświęcony 5 lipca 1922 r. na kapłana przez arcybiskupa ołomunieckiego Stojana. Przez kilka lat pracował jako katecheta na terenach graniczących z Polską. Stąd znał doskonale język polski i mentalność Polaków.

W 1934 roku został powołany na stanowisko adiunkta na cyrylo – metodiańskim wydziale teologicznym w Ołomuńcu, gdzie uzyskał tytuł doktora teologii. Dalszą karierę naukową dobrze zapowiadającego się naukowca i dydaktyka przerwała druga wojna światowa. Po jej zakończeniu powrócił jednak na ołomuniecki wydział teologiczny i w 1947 r. habilitował się. Wkrótce został docentem, a następnie profesorem zwyczajnym. Z publikacji naukowych profesora Tomáška cenione są prace katechetyczno – pedagogiczne, a wśród nich szczególnie „Pedagogika”, „Dydaktyka” i „Katechetyka” oraz literatura młodzieżowa: „O sensie życia”, „O sensie miłości”, „Przygotowanie do małżeństwa” i „Wychowanie moralne młodzieży”.

Jego działalność naukowo – dydaktyczna została dostrzeżona w Watykanie i już po przewrocie komunistycznym w 1949 r. został wyniesiony do godności biskupa pomocniczego w diecezji ołomunieckiej. Sakrę biskupią otrzymał 12 października z rąk arcybiskupa Ołomuńca Josefa Matochy, na mocy specjalnego upoważnienia papieskiego, bez ogłaszania tego publicznie. Wkrótce zaczęły się lata najgorszego prześladowania Kościoła w Czechosłowacji. W nocy 13 na 14 kwietnia 1950 r. w całej Czechosłowacji siłą i wbrew prawu zlikwidowano wszystkie klasztory. Zakonników i zakonnice zapędzono do najcięższych robót na polach i w lasach. Dla sióstr zakonnych zorganizowano też w niewielkiej miejscowości, położonej bezpośrednio przy granicy polsko – czeskiej, Bila Voda, specjalne miejsce odosobnienia. Skomasowano tu około 1200 zakonnic z 11 zgromadzeń zakonnych, zabraniając im przy tym przyjmowania nowicjuszek i prowadzenia przypisanej regułami działalności. Zakonników i księży wtrącono do więzień lub skierowano do obozów pracy. Podobny los spotkał także biskupów, którzy nie chcieli ulec próbom nakłonienia ich do współpracy z reżimem komunistycznym. Internowany został we własnej rezydencji arcybiskup Matocha, który nie doczekawszy uwolnienia zmarł w 1961 r. Podobny los spotkał również młodego biskupa Tomáška, którego zamknięto 23 czerwca 1951 r. w klasztorze koncentracyjnym w miejscowości Żeliv. Pozostał tam do wiosny 1954 roku. Po zwolnieniu władze zezwoliły biskupowi na prowadzenie pracy duszpasterskiej w roli zwykłego administratora w parafii Morawska Hruzowa. Potem słyszało się w pewnych kręgach opinie, że w tym okresie miał uczestniczyć w działalności Komitetu Duchowieństwa na rzecz Pokoju.

W okresie prac Soboru Watykańskiego II (1962-1965) władze komunistyczne z dużym niepokojem śledziły wystąpienia emigracyjnych biskupów czeskich i słowackich, by wreszcie na Sobór wysłać biskupa Tomáška. W 1965 komuniści zwolnili internowanego od wielu lat arcybiskupa Pragi kard. Josefa Berana, ale pod warunkiem natychmiastowego opuszczenia kraju i udania się do Rzymu. Władze zgodziły się, by administratorem osieroconej archidiecezji praskiej został bp František Tomášek, jedyny wówczas biskup pozostający na wolności i aktywny na terenie Czech i Moraw. Rzecz zrozumiała, że w takich warunkach rodziły się domysły i podejrzenia, a przynajmniej nieufność, czy przypadkiem bp Tomášek nie współpracuje z komunistycznym rządem. Z ogromną rezerwą przyjmowano też wypowiedzi biskupa o otwartości Kościoła wobec rzeczywistości ziemskiej i jego wychodzeniu z getta. Były to wypowiedzi pionierskie i wręcz rewolucyjne. Dopiero konstytucja soborowa „Gaudium et spes” potwierdziła słuszność dla tego rodzaju opinii.

W czasie słynnej Wiosny Praskiej w 1968 r. odnowa i przemiany objęły również czechosłowacki Kościół. Z inicjatywy biskupa Tomáška uruchomione zostało „Dilo koncilove odnovy” (dzieło odnowy soborowej), ruch który po interwencji wojsk radzieckich i Paktu Warszawskiego szybko rozwiązano. W czasach tzw. „normalizacji” bp Tomášek nadal starał się realizować swe plany, choć innymi sposobami i w innych warunkach. Nawiązał zatem bliski kontakt z arcybiskupami Bolesławem Kominkiem z Wrocławia i Karolem Wojtyłą z Krakowa – późniejszym Papieżem Janem Pawłem II. Znajomość ta, zwłaszcza z arcybiskupem Wojtyłą zaowocowała stokrotnie w latach późniejszych.

W dowód uznania za wielkie zasługi na rzecz Kościoła i praw człowieka Papież Paweł VI wyniósł bpa Tomáška do godności kardynalskiej, najpierw „in pectore” 24 maja 1976 r. i publicznie 27 czerwca 1977 r. W trzy dni później 30 czerwca 1977 r. ten sam Papież Paweł VI mianował go Arcybiskupem Pragi. Miał wówczas 78 lat, rok zaś jego nominacji przeszedł do historii jako rok Karty 77. W tym czasie kardynał Tomášek cieszył się już olbrzymim autorytetem nie tylko w swoim kraju, lecz także poza jego granicami. Gdy w końcu lat 70-tych w Czechosłowacji odrodziła się antykomunistyczna opozycja, Kardynał wsparł jej działania. Jeśli Kościół w Czechosłowacji przetrwał, mimo tylu ograniczeń i otwartej z nim walki ze strony reżimu komunistycznego, to stało się to w dużej mierze dzięki jego strukturom podziemnym. I tu podkreślić należy ogromną rolę kardynała, który podtrzymywał te nieformalne struktury, radził się ich w trudnych chwilach i z całą stanowczością zwalczał proreżimową organizację kapłanów „Pacem in terris”.

Wielki wpływ na postawę kardynała Tomáška wywarł nowy Papież – Jan Paweł II, z którym od dawna łączyły go więzi przyjaźni. Od chwili wyboru arcybiskupa krakowskiego na Stolicę Piotra, Kardynał coraz wyraźniej zaczął się jawić jako symbol oporu Kościoła czeskiego, słowackiego, a nawet w ogóle oporu chrześcijan wobec wszelkiego rodzaju przemocy.

W 1986 odbyły się obchody śmierci św. Metodego z udziałem 250 tys. wiernych z Czech i Słowacji, co było już wyraźną zapowiedzią nowych czasów. Z tej okazji Papież Jan Paweł II ogłosił świętych Cyryla i Metodego współpatronami Europy, wraz ze św. Benedyktem oraz wystosował specjalne orędzie zawierające wezwanie do wolności i sprawiedliwości oraz obronę praw człowieka, obronę praw i podmiotowości każdego narodu. Orędzie to nie mogło pozostać bez echa w narodzie czeskim i słowackim. I stąd już 29 listopada 1987 r. ordynariusze i biskupi Czech i Moraw listem pasterskim ogłosili program „Dziesięciolecia odnowy duchowej i moralnej Kościoła i narodu czeskiego. Dziesięciolecia przygotowującego milenium męczeńskiej śmierci św. Wojciecha.” Jednym z twórców programu dziesięcioletniej odnowy był kardynał Tomášek, mimo iż sam pomysł „Dziesięciolecia” wyrósł oddolnie, od ludzi średniego i młodego pokolenia. W 1988 r. Kardynał był adresatem petycji podpisanej przez pół miliona wiernych z Czech i Słowacji, proszących o jego wsparcie. Zwrócił się też do głowy państwa z propozycją dialogu. Na początku 1989 r. przewodniczył w katedrze praskiej Mszy św. w uroczystość bł. Agnieszki Czeskiej. W wygłoszonym wówczas kazaniu wystąpił przeciwko gwałceniu praw obywatelskich i podpisał petycję „Nekolik vet”. Rok 1989 r. był zresztą przełomowym momentem dla Kościoła czeskiego, kiedy to po naradzie ordynariuszy 5 grudnia 1989 r. w Ołomuńcu, wszyscy biskupi i administratorzy diecezji, wystąpili z bezkompromisowym żądaniem całkowitego zniesienia kontroli państwowej nad Kościołem. Jednym słowem żądali wówczas już otwarcie wolnego Kościoła w wolnym państwie. Wreszcie nadeszła ta wielka i oczekiwana od dawna chwila wolności. W listopadzie 1989 r. po powrocie kardynała i czeskich pątników z Rzymu, gdzie została kanonizowaną bł. Agnieszka Czeska, rozpoczęła się „aksamitna rewolucja”. Arcybiskup metropolita praski, prymas Czech František kardynał Tomášek opublikował 21 listopada 1989 r. przesłanie „Do wszystkich ludzi w Czechosłowacji”. W przesłaniu tym, rozpowszechnionym zresztą drogą nieoficjalną, kardynał Tomášek pisał: „Nie może być mi obojętny los mojego narodu i wszystkich obywateli naszego państwa. Nie mogę milczeć w chwili, gdy się zjednoczyliście w potężnym proteście przeciwko bezprawiu popełnianemu na nas przez czterdzieści lat. Nie można mieć zaufania do takiej władzy państwowej, która nie chce mówić prawdy, a krajowi z tysiącletnią państwową tradycją odmawia tych praw i wolności, które są czymś normalnym nawet w młodych państwach Trzeciego świata (…) Zwracam się także do was, moi bracia i siostry katolicy i do waszych księży: W tej decydującej godzinie naszej historii nikt z nas nie może pozostać na uboczu. Raz jeszcze podnieście głos, tym razem w jedności z innymi obywatelami, Czechami, Słowakami i synami innych narodów, wierzącymi i niewierzącymi. Prawa do wiary nie można oddzielić od innych demokratycznych praw. Wolność jest niepodzielna.”

Był to dopiero trzeci dzień „aksamitnej rewolucji” i trudno było uwierzyć, że tak mocne sformułowania mogły pochodzić od dostojnika kościelnego, którego przez wiele lat zmuszano do milczenia. Stąd niektórzy duchowni indagowani przez wiernych, publicznie stwierdzali nawet, że tekst przesłania jest falsyfikatem. Jednak osoby bliskie kardynałowi wiedziały i nie ukrywały tego, kto jest autorem tekstu. W niedzielę 24 listopada 1989 r. na praskim wzgórzu Letna odbyła się ogromna demonstracja będąca szczytowym punktem trwających przez ubiegły tydzień manifestacji w Pradze, Bratysławie i innych miastach Czech i Słowacji. Przed południem w katedrze św. Wita, wypełnionej po brzegi wiernymi, została odprawiona msza św. dziękczynna za kanonizację, z udziałem kardynała Tomáška i dwóch biskupów, Otczenaszka i Dubovsky´ego. Wszyscy z napięciem oczekiwali na słowa kardynała i jego oświadczenie, w którym potwierdziłby autentyczność przesłania. Uczynił to dopiero pod koniec mszy św. mówiąc: „Wysłałem przesłanie - <Do wszystkich ludzi w Czechosłowacji> - i za każde zawarte w nim słowo biorę pełną odpowiedzialność. W tej doniosłej godzinie walki o prawdę i sprawiedliwość w naszym kraju ja i Kościół katolicki opowiadamy się po stronie narodu. Nikt z nas nie może stać na uboczu, gdy chodzi o lepszą przyszłość narodu. Proszę was, abyście w tych dniach łączyli odwagę z mądrością i odrzucili drogę przemocy.”

W ciągu kilku miesięcy nastąpiły w Czechosłowacji daleko idące zmiany, o których późniejszy prezydent Vaclav Havel powiedział, że w jego przekonaniu „są istnym cudem. Niemożliwe stało się możliwym.” Obalony został reżim komunistyczny, wakujące od lat stolice biskupie zostały obsadzone, powołana została Konferencja Episkopatu Czechosłowacji, wznowiono stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską i wreszcie doszła do skutku długo oczekiwana wizyta papieska w dniach 21-22 kwietnia 1990 r. Sędziwy kardynał dożył więc wspaniałej chwili, w której mógł zobaczyć jeszcze tryumf swojego Kościoła.

W czerwcu 1990 r. kardynał Tomášek obchodził 91 rocznicę urodził. Nie ukrywał, że czuje się zmęczony i prosił Papieża o zwolnienie go z urzędu arcybiskupa metropolity Pragi. Watykan jednak się nie spieszył i dopiero 27 marca 1991 r. Jan Paweł II mianował abpa Miroslava Vlka następcą kardynała Tomáška. Wyczerpany wieloletnią pracą w jakże trudnych warunkach, coraz dotkliwiej odczuwał nękającą go od dłuższego czasu chorobę. Skierowany do szpitala w Pradze zmarł 4 sierpnia 1992 roku, w wieku 93 lat. Na wiadomość o śmierci kardynała Františka Tomáška Papież Jan Paweł II przesłał na ręce obecnego metropolity Pragi abpa Miroslava Vlka telegram kondolencyjny, w którym wyraził swój „głęboki smutek z powodu śmierci tego – jak to określił – mężnego pasterza, który podczas długich lat swojego kościelnego posługiwania okazał się autentyczną kolumną Kościoła, nieustraszonym świadkiem Ewangelii i niezmordowanym obrońcą chrześcijańskiej wiary i praw osoby ludzkiej. Papież podkreślił dalej, że kardynał, mimo iż napotykał przez całe lata na rozmaite ograniczenia i przeszkody w swobodnym prowadzeniu swej biskupiej posługi, nigdy jednak nie dał się zastraszyć, dając tym samym przykład stałości i zaufania Opatrzności Bożej, a także wierności Stolicy Apostolskiej.”

Pogrzeb kardynała Tomáška odbył się 12 sierpnia 1992 r. w Pradze. Na hradczańskie spotkanie stawili się wszyscy, którzy powinni byli się stawić. W pogrzebie uczestniczyli miejscowi i zagraniczni mężowie stanu, biskupi Czech, Moraw i Słowacji oraz innych krajów europejskich, kapłani z wielu diecezji, a z praskiej archidiecezji chyba wszyscy oraz tłumy, które szczelnie wypełniły olbrzymią katedrę i znajdujący się przed świątynią plac. Po odczytaniu Ewangelii rozpoczęła się pierwsza seria przemówień, druga miała nastąpić przed złożeniem trumny do grobu. Nie spełniono tu woli Zmarłego, który w liście pożegnalnym prosił, by z okazji pogrzebu „były odprawione tylko modlitwy kościelne bez specjalnego przemówienia”. Trudno było spełnić takie życzenie, kiedy odszedł „wielki człowiek, czynny świadek epoki, legenda i symbol”.


 



 



O PRACY LUDZKIEJ

 

Trzecia z kolei encyklika Jana Pawła II, Laborem Exercens, ogłoszona została w 1981 roku, z okazji 90-tej rocznicy Rerum Novarum (1891 r.) Leona XIII.

Katolicka nauka społeczna – refleksja nad zagadnieniami społecznymi oparta na prawie naturalnym i Objawieniu Bożym – w różnych postaciach obecna była w życiu Kościoła poprzez wszystkie wieki jego istnienia. W czasach nowożytnych dawne formy kościelnego nauczania okazały się jednak niewystarczające. Dopiero encyklika Rerum Novarum otworzyła drogę dla katolickiej nauki społecznej bardziej dostosowanej do mnóstwa coraz to nowych problemów, zdolnej do szybszego reagowania na nie. Dała też początek całej serii dokumentów poświęconych tej tematyce. Ważniejsze z nich to: Quadragesimo anno Piusa XI (1931 r.), Mater et Magistra Jana XXIII (1961 r.), Populorum progressio (1967 r.) i Octogesima adveniens (1971 r.) Pawła VI. Zaliczyć do nich można również soborową konstytucję Gaudium et Spes.

Początkowo nauczanie społeczne Kościoła koncentrowało się zwłaszcza na zlikwidowaniu niesprawiedliwości społecznych w ramach poszczególnych państw. W późniejszych dokumentach akcent pada na sprawy ogólnoświatowe; na niesprawiedliwości rysujące się w wymiarze globalnym. Jan Paweł II w centrum kwestii społecznej stawia pracę, ów „podstawowy wymiar bytowania człowieka na ziemi”[1]. Przekonany jest, że procesy jakim obecnie podlega praca ludzka przyniosą nie mniejsze zmiany w życiu ludzkości niż w XIX wieku przyniosła rewolucja przemysłowa. Swą encyklikę chce więc poświęcić pracy, a raczej człowiekowi w kontekście pracy. Tłumaczy: „Jeśli (...), człowiek <jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła> (RH, 14) (...) wypada przeto stale wracać na tę drogę i podążać nią na nowo wedle różnych aspektów”[2] – a jednym z nich, i to kluczowym, jest właśnie praca.

Człowiek, stworzony na obraz Boży, powołany jest do „czynienia sobie ziemi poddaną” (Rdz 1, 28), a tym samym powołany jest do pracy. Jeśli mówimy o pracy w znaczeniu przedmiotowym, mamy na myśli różne formy ludzkiej działalności w świecie. W sformułowaniu „czynić sobie ziemię poddaną” ziemia oznacza pośrednio cały świat widzialny o ile może on stać się przedmiotem wpływu człowieka i jego badań. Również i technika, rozumiana jako zespół narzędzi, rozbudowany świat rozmaitych urządzeń i mechanizmów, powinna być „poddana” człowiekowi, by istotnie służyła jego dobru. Proces czynienia sobie ziemi poddaną jest uniwersalny, ogarnia ludzkość każdej epoki a jednocześnie przebiega w każdym konkretnym człowieku i to w jedyny, niepowtarzalny sposób.

Mówiąc o pracy w znaczeniu podmiotowym, wskazujemy na jej najbardziej istotny wymiar. Podkreślamy fakt, że podmiotem i celem pracy jest człowiek. Jest nim jako osoba, byt świadomy i wolny, uzdolniony do stanowienia o sobie, do planowego, celowego działania. Praca ma służyć człowiekowi, nie na odwrót. Przez nią ma on doskonalić swoje człowieczeństwo, urzeczywistniać swe powołanie. O wartości ludzkiej pracy nie decyduje przede wszystkim rodzaj wykonywanej czynności, ale sam fakt, że jej sprawca jest osobą. Ważniejszy od samej czynności jest jej podmiot, człowiek. Ukazuje to choćby przykład Jezusa, który większą część swego życia poświęcił prostej, fizycznej pracy, a przecież był Bogiem i najdoskonalszym człowiekiem.

Nauka społeczna Kościoła przeciwstawiać się musi poglądom, wedle których praca jest tylko „towarem”, jaki pracownik „sprzedaje” pracodawcy; sprzeciwiać się musi jednostronnemu dostrzeganiu jedynie przedmiotowego wymiaru pracy i traktowaniem człowieka jak „narzędzia produkcji”. Na gruncie podobnych, degradujących pracownika zjawisk, zrodziła się w XIX wieku tak zwana kwestia robotnicza. Doświadczenie rażącej krzywdy zmobilizowało robotników do solidarności i wspólnych działań na rzecz poprawy swej sytuacji. I dziś – mówi Papież - ludzie pracy niejednokrotnie narażeni są na szereg niesprawiedliwości. Dziś też potrzeba nowych, nawet szerszych niż dawniej, frontów solidarności. Pamiętamy, że Papież pisał te słowa na początku lat 80-tych i wówczas miały one szczególne znaczenie. Jednakże i w naszych czasach nie można odmówić im aktualności.

Choć po grzechu pierworodnym praca jest dla człowieka niemałym ciężarem („w pocie ... oblicza twego będziesz zdobywał pożywienie” (Rdz 3, 19), to jednak aktualny pozostał pierwotny zamysł Stwórcy: Praca jest drogą, na której człowiek realizuje swe osobowe powołanie do „panowania” nad widzialnym światem. Niejako „uszlachetnia materię”, wykorzystując ją dla swych potrzeb (nie tylko fizycznych); przez pracę również „urzeczywistnia siebie jako człowiek, a także poniekąd bardziej <staje się człowiekiem>”.[3] Jeśli zdarza się, że praca obraca się przeciw człowiekowi, że degraduje go fizycznie i duchowo, mamy do czynienia z sytuacją nienormalną, z karykaturą Bożego zamysłu.

Praca nie tylko kształtuje życie jednostki, ale ma swój wymiar społeczny. Stanowi źródło utrzymania rodziny i środek do urzeczywistniania jej celów, zwłaszcza wychowania. Człowiek bowiem „<staje się człowiekiem> między innymi przez pracę.”[4] Rodzina istnieje dzięki pracy a także jest szkołą pracy. Praca oznacza równocześnie pomnażanie dobra wspólnego w ramach narodu oraz wkład w dorobek całej ludzkości.

Ojciec Święty omawia pokrótce problemy i konflikty narosłe wokół pracy, przedstawia stanowisko jakie zajmują wobec niej marksizm i skrajny liberalizm. W odpowiedzi na nie przypomina głoszoną przez Kościół zasadę pierwszeństwa pracy przed kapitałem. Wykazuje również, że praca i kapitał nie powinny być sobie przeciwstawiane, w rzeczywistości bowiem przenikają się. W pojęciu „kapitał” mieszczą się zasoby natury oraz zespół środków, przez które człowiek wykorzystuje owe zasoby dla swych potrzeb. Mogą one owocować dla dobra ludzi tylko dzięki pracy. Trzeba zauważyć, że człowiek sam tych zasobów nie tworzy. Zastaje rozmaite dobra niejako gotowe, czekające na odkrycie i właściwe wykorzystanie. Doświadcza „<podstawowego obdarowania> przez <naturę>, czyli w ostateczności przez Stwórcę. U początku ludzkiej pracy stoi tajemnica stworzenia.”[5] Ta myśl, jak podkreśla sam Papież, jest myślą przewodnią całej encykliki. Również i zespół środków produkcji jest jakimś darem, są one bowiem owocem pracy całych pokoleń; efektem tego, co inni ludzie już wypracowali na bazie bogactw naturalnych. Pracując, człowiek odkrywa więc obdarowanie i zależność od Stwórcy i od innych ludzi.

Rozdzielanie pracy i kapitału oraz nie przestrzeganie zasady prymatu osoby ludzkiej można nazwać błędem ekonomizmu (postrzeganie pracy tylko w kategoriach celowości ekonomicznej) a także błędem materializmu (przedkładanie rzeczywistości materialnej ponad wartości duchowe). Filozofia materialistyczna, która rozwijała się wraz z ekonomizmem, nie potrafi zabezpieczyć respektowania prymatu człowieka przed kapitałem, osoby przed rzeczą. Dynamicznej industrializacji towarzyszy często swoisty paradoks: Pomnażane są dobra materialne kosztem człowieka, a przecież one mają służyć jemu, nie na odwrót.

W kwestii własności Kościół opowiada się za prawem do własności prywatnej, ale nie traktuje go jako absolutnej zasady (jak chce tego skrajny kapitalizm). Winno być ono podporządkowane prawu uniwersalnego przeznaczenia dóbr i powszechnego ich używania. Ponadto własność nie może być przeciwstawiana pracy, nie można środków produkcji posiadać „dla samego posiadania” czy też wykorzystywać je do wyzysku ludzi pracy. „Jedynym prawowitym tytułem ich posiadania (...) jest, ażeby służyły pracy”[6] . Czasem, przy zachowaniu odpowiednich warunków, wskazane jest uspołecznienie niektórych dóbr. Należy jednakże unikać zagrożeń płynących z drugiego skrajnego stanowiska - kolektywizmu. Praktyka dowodzi, że gdy środki produkcji z rąk prywatnych właścicieli przechodzą formalnie na własność całego społeczeństwa, w rzeczywistości kontrolę nad nimi przejmuje zwykle wąska grupa ludzi. Broni ona swego monopolu w zarządzaniu dobrami, posuwając się nawet do łamania podstawowych praw człowieka. Prawdziwe „uspołecznienie” środków produkcji miałoby miejsce tylko w przypadku, gdyby została zabezpieczona podmiotowość społeczeństwa. Pracownik pragnie mieć świadomość, że pracując nawet na wspólnym, pracuje zarazem <na swoim>”[7], jako współgospodarz, jako podmiot obdarzony własną inicjatywą. Takie warunki nie są spełnione w systemie nadmiernej biurokratycznej centralizacji, gdzie człowiek jest traktowany jak sterowane odgórnie narzędzie produkcji.

Praca jest moralną powinnością, ale jest jednocześnie dla pracownika źródłem uprawnień. Pracodawca posiada wobec niego szereg zobowiązań. Chodzi tu o pracodawcę bezpośredniego (osobę czy instytucję, z którą pracownik zawiera bezpośrednio umowę o pracę) oraz pośredniego. „Pracodawca pośredni” to wszystkie czynniki, które mają wpływ na sposób, w jaki kształtuje się umowa o pracę. Są one zawarte w polityce pracy prowadzonej w konkretnym państwie, ale również w działaniach innych sił, zwłaszcza w układach i powiązaniach międzynarodowych. Za złą sytuację pracowników w ubogich krajach odpowiedzialne są często bogate państwa czy międzynarodowe instytucje.

Jeśli chodzi o prawa ludzi pracy, to pierwszym zadaniem jest odpowiednie zatrudnienie wszystkich osób zdolnych do pracy, przeciwdziałanie bezrobociu – również poprzez działania międzynarodowe. Po drugie, pracodawca bezpośredni winien zapewnić pracownikowi sprawiedliwą zapłatę. To dzięki niej ma on dostęp do dóbr, które zostały powierzone całej rodzinie ludzkiej. Sprawiedliwą jest płaca, która wystarcza na założenie i godziwe utrzymanie rodziny oraz na zabezpieczenie jej przyszłości”[8] Wynagrodzenie takie może przybrać formę płacy rodzinnej, zabezpieczającej potrzeby całej rodziny bez konieczności podejmowania pracy zawodowej przez współmałżonka. Może to być również świadczenie społeczne, jak zasiłek rodzinny czy dodatek macierzyński dla kobiety poświęcającej się wyłącznie rodzinie. Każda osoba ludzka powinna mieć możliwość pracy zgodnie ze swą naturą. W naturze kobiety leży powołanie do macierzyństwa. Prawdziwy awans społeczny kobiety wymaga więc stworzenia takiej struktury pracy, by obowiązki zawodowe nie kolidowały z wypełnianiem roli matki – roli, w której jest niezastąpiona. Konieczne jest społeczne dowartościowanie zadań macierzyńskich, aby kobieta mogła oddać się trosce o rodzinę nie czując się w jakikolwiek sposób dyskryminowana, nawet jeśli zrezygnuje zupełnie z pracy zawodowej.

Ludzie pracy powinni mieć zapewnione prawo do świadczeń związanych z zabezpieczeniem życia i zdrowia, prawo do wypoczynku, do emerytury, do odpowiednich warunków pracy, a także prawo do zrzeszania się w celu obrony swych interesów. Praca w naturalny sposób łączy ludzi, buduje wspólnotę. Działalność związków zawodowych nie powinna być rozumiana jako walka przeciw innym, lecz jako dążenie do osiągnięcia określonego dobra; nie mogą też one kierować się jakimś rodzajem egoizmu grupowego. Ważne jest, by wśród ludzi pracy prowadzona była działalność oświatowa, kulturalna, wychowawcza – aby mogli oni stale rozwijać swe człowieczeństwo. Pracownikom przysługuje prawo do strajku, jednak powinien on zawsze pozostać środkiem ostatecznym, którego nie wolno nadużywać i który nie może doprowadzić do paraliżu życia społecznego. Ojciec Święty podkreśla również konieczność uznania szczególnej godności pracy na roli i większej troski o ludzi, którzy się jej oddają. Do pracy – odpowiadającej ich możliwościom – mają również prawo osoby upośledzone. Osobnym problemem są emigranci. Gdy członkowie danego państwa emigrują za granicę, najczęściej ponosi ono pewną szkodę. Ojczyzna ma niejako większe prawo niż inne kraje do korzystania z owoców pracy swego rodaka. Emigracja jest jednakże w pewnych okolicznościach „złem koniecznym”. Należy wówczas zadbać o to, by nie pociągnęła za sobą szkód moralnych oraz niesprawiedliwości. Emigrant nie powinien być upośledzony jako pracownik w kraju, do którego przybywa.

Praca, jak już wspomniano, odgrywa ogromną rolę w rozwoju duchowym i religijnym. Konieczne jest więc ukształtowanie odpowiedniej duchowości pracy tak, by przez swój codzienny trud człowiek mógł „przybliżać się do Boga – Stwórcy i Odkupiciela, uczestniczyć w Jego zbawczych zamierzeniach (...) i pogłębiać w swym życiu przyjaźń z Chrystusem, podejmując przez wiarę żywy udział w Jego trojakim posłannictwie: Kapłana, Proroka i Króla (...)”[9].

Bóg nieustannie działa swą mocą stwórczą - podtrzymując świat w istnieniu - oraz zbawczą, dokonując uświęcenia ludzkich serc. W swej pracy, nawet najprostszej, człowiek zaproszony jest do udziału w stwórczym dziele Boga. Na swoją miarę rozwija i jakby dopełnia to dzieło, wciąż odkrywając ukryte w naturze zasoby i wartości, odnosząc do Boga wszystkie rzeczy stworzone. Pierwszą „ewangelią pracy” jest opis stworzenia znajdujący się w Księdze Rodzaju. Stwórcze działanie Boga jest tam ukazane pod dwiema postaciami: pracy i odpoczynku. Człowiek jest również powołany do naśladowania Boga i poprzez pracę i poprzez odpoczynek. Pracując, musi zarezerwować w sobie pewną przestrzeń wewnętrzną, w której (...) stając się coraz bardziej tym, kim z woli Boga stawać się powinien, przygotowuje się do owego <odpoczynku>, jaki Pan gotuje swoim sługom i przyjaciołom.”[10] Ważne jest zrozumienie, że wielkie osiągnięcia ludzkości nie przeciwstawiają się Bogu, lecz wyrażają Jego potęgę i dobroć. Świadomość uczestnictwa w dziele Stwórcy jest najgłębszą pobudką podejmowania w świecie różnorakiej aktywności. Zwłaszcza członkowie laikatu mają za zadanie przez rozmaite świeckie prace przepajać całą rzeczywistość duchem Chrystusowym; przyczyniać się do tego, by wszelkie dobra, jakie są w świecie, używane były na chwałę Bożą i dla dobra ludzi. Wzorem dla nich jest sam Jezus, który spędził długie lata swego życia przy „zwykłych”, świeckich zajęciach.

Przez pracę człowiek nie tylko doskonali świat, lecz i samego siebie. Uczy się wielu rzeczy, swoje zdolności rozwija, wychodzi z siebie i ponad siebie.”[11] O wiele ważniejszy od postępu technicznego jest właśnie ów rozwój osobowy oraz postęp w dziedzinie sprawiedliwości społecznej i powszechnego braterstwa.

Po grzechu pierworodnym ludzka praca łączy się nierozerwalnie z trudem. Jeśli człowiek łączy ten z krzyżem Chrystusa, w jakiś sposób współpracuje z Nim w dziele odkupienia świata. Wtedy również, w mocy Chrystusowego Zmartwychwstania odnajduje w swej pracy jakiś przebłysk nowego życia, nowego dobra, jakby zapowiedź nowego nieba i nowej ziemi (...).”[12] Oczekiwanie tej eschatologicznej rzeczywistości ma tym bardziej pobudzać chrześcijanina do aktywności w świecie – aktywności na służbie Królestwa Bożego.

Agata Combik

 


Koncepcja zjednoczenia Europy w ujęciu wolnomularstwa (cz.2)

 

 


Działalność masonerii nie sprowadza się jedynie do prowadzenia walki z tradycyjną myślą chrześcijańską, społeczną czy kulturową. Wolnomularze próbują propagować nowe treści, wypracowane w ciągu rozwoju masonerii. Ważną rolę odgrywają hasła - klucze, którymi masoneria posługuje się od wieków. Do najważniejszych z nich należą: wolność, równość, braterstwo.

WOLNOŚĆ - dla masonerii oznacza absolutną niezależność od wszelkiej władzy: Boga, króla, Kościoła, ojca, małżonka itd. Wolność myśli jest rozumiana jako całkowity brak zależności od jakiejkolwiek prawdy niezmiennej, od porządku transcendentnego. Prowadzi to do odmowy podporządkowania się porządkowi naturalnemu i nadnaturalnemu.

Nie pytając nikogo o zgodę i prawo do wolnego wyboru, masoneria już w 1803 roku ogłosiła się instytutem wychowawczym całej ludzkości[13].

RÓWNOŚĆ - jest ona tą zasadą, która stoi u podstaw nowożytnej demokracji. Masońska społeczność nazywa siebie stowarzyszeniem równych, odrzuca wszelką hierarchię. Początkującemu adeptowi sztuki królewskiej mówi się, że wszyscy w związku są równi, pomijając dystynkcje, funkcje lub godności. W praktyce światło masonerii przeznaczone jest dla niewielu wybranych, którzy zostali wtajemniczeni w wiedzę i mądrość wolnomularstwa. Loże masońskie wykluczają i odrzucają ludzi ułomnych, okaleczonych, niepełnosprawnych oraz murzynów i kobiety, ci ostatni uznani są po prostu za nieodpowiednich. Także wśród członków lóż panuje duch elitaryzmu i zasada zwierzchności nielicznych wybrańców. Nawet dla tych, którzy posiadają wyższe stopnie, pewne stanowiska i zaszczyty pozostaną niedostępne, jeśli nie mają odpowiedniej pozycji społecznej.[14]

BRATERSTWO - jest ideą, która ma podwójne znaczenie: z jednej strony jest to idea podporządkowania jednostki opinii wspólnej, zacierania wszelkich różnic między rodzinami, ojczyznami, religiami, prawem itd., a z drugiej strony jest to idea wzajemnego wspomagania się między masonami.

Uniwersalistyczne ambicje masonerii były znane od samych początków nowożytnego wolnomularstwa. W 1740 roku ówczesny wielki mistrz wolnomularstwa, książę z Autin, w swej mowie, wygłoszonej na uroczystości wielkiej loży francuskiej, zaznaczył z naciskiem, że wolnomularstwo zostało dlatego założone, ażeby na świecie zaprowadzić republikańską formę rządzenia. Ta deklaracja była wielokrotnie powtarzana przez następne pokolenia masonerii.[15]

W 1918 roku została założona Liga Sąsiadów (League of Neighbours), którą z czasem zreorganizowano i nazwano Światową Wspólnotą Wyznań (World Fellowship of Faiths), a w 1941 roku organizacja ta przyjęła nazwę Światowa Wspólnota (World Fellowship). Już w 1942 roku ona zaczęła się domagać, aby Stany Zjednoczone Ameryki Północnej zawiązały federację państw, które byłyby podstawą przyszłego ogólnoświatowego rządu. Nawoływano wówczas: Stańmy się już teraz Stanami Zjednoczonymi Świata! Żądano od Kongresu USA, by zatwierdził ten projekt. Ów plan został jednak odrzucony.[16]

Deklaracja utworzenia ogólnoświatowej republiki, czyli pewnego rodzaju rządu światowego, została powtórzona przez wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Francji, Leray’a, na konwencie w 1968 roku: Przed dwustu laty kawaler de Ramsay zapowiadał ogólnoświatową republikę. Od tego czasu (...) masoni całego świata niezmordowanie trudzą się przy jej konstruowaniu. W 1989 roku J. Ploncard d’Assac napisał: Konstruowanie przestrzeni europejskiej nie jest dla masonów niczym innym, jak przygotowaniem przestrzeni ogólnoświatowej, Ojczyzny - Ziemi. W tym samym roku wielki mistrz Wielkiej Loży Francji, G. Piau, stwierdził: Poszukiwanie wspólnoty europejskiej, jednej i bardziej powszechnej, wchodzi w sposób oczywisty w obszar naszych refleksji i naszych działań.[17]

Przez parę wieków idea wspólnoty europejskiej, rozumianej w sensie wspólnoty duchowej, kulturowej, cywilizacyjnej przychodziła (...) z Francji. Niemałą rolę w krzewieniu tej idei odgrywali wolnomularze. W wywiadzie dla „Wolnomularza Polskiego” Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu Francji - Gilbert Abergel powiedział: Masoni zawsze byli Europejczykami. Opowiadali się za Europą, ponieważ byli uniwersalistami. Zawsze marzyli o Europie. Przy czym nie chodziło im i nie chodzi o Europę w rozumieniu wspólnoty monetarnej, ale o Europę humanistyczną, kontynent dobrej współpracy między ludźmi.[18]

Idei budowania wspólnego świata, rządzonego przez jeden masoński rząd, mają służyć między innymi międzynarodowe i ogólnoświatowe kongresy i zjazdy masońskie. Podejmowane tam są deklaracje i postanowienia obejmujące, w duchu braterstwa, członków wszystkich reprezentowanych na zjazdach lóż.[19]

Bardzo żywotną w masonerii ideą, wskazującą jednocześnie na jej ambicje i plany, jest myśl o utworzeniu Stanów Zjednoczonych Świata[20], o zbudowaniu uniwersalnego świata i jednego ponadnarodowego społeczeństwa.

Jednym z propagatorów idei ogólnoświatowego rządu był Albert Pike (1809-1891), prawnik, generał konfederatów z wojny domowej, który w 1850 roku przyłączył się do Illuminatów. W latach 1859-1871 mieszkając w Arkansas, opracował wojenne plany dla trzech wojen światowych i przynajmniej dwóch rewolucji, po których ma zapanować na ziemi nowy porządek.[21]

W sprawozdaniu konwentu Wielkiego Wschodu Francji z 1932 roku czytamy między innymi: Czyż nie z łona masonerii wytrysnęła iskra, która spowodowała wyklucie się Ligi Narodów, Międzynarodowego Biura Pracy i wszystkich instytucji międzynarodowych, co tworzą znojny, ale owocny zarys Stanów Zjednoczonych Europy, a może i Świata?[22]

Manifest, zwany „Planem z dnia 9 lipca 1934 roku” zawierał wytyczne dla lóż masońskich, jego główne punkty:

art. 582 - Unia Europejska prędzej czy później powinna się narodzić ze sprawiedliwej równowagi i synarchicznego zjednoczenia dążeń imperialnych: francuskich, brytyjskich, romańskich, germańskich i słowiańskich, działających w obecnej Europie.

art. 586 - Synarchiczne Imperium Francuskie widzimy odtąd jako promotora Paneuroafryki w przyszłej federacyjnej unii wyzwolonych ludów, państw i narodów Europy i Afryki.[23]

Po wojnie rozpoczęła się batalia na rzecz ogólnoświatowego federalizmu. Dnia 26 lutego 1955 roku odbyła się konferencja rewizji Karty Narodów Zjednoczonych. Lord Beveridge powiedział wówczas między innymi: Konieczność zrewidowania Karty powinna się wydawać logiczna tym, którzy obecnie zdają sobie sprawę, że pojęcie suwerenności nie tylko jest przebrzmiałe, ale że jest nonsensem i że federalizm jest jedyną istniejącą opcją.[24]

W 1958 roku w Wersalu odbyło się posiedzenie Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Rządu Światowego, w którym uczestniczyli przedstawiciele 38 państw. 8 września 1958 roku ambasadorzy i parlamentarzyści, reprezentujący swoje państwa podpisali dokument zwany „Kartą Wersalską”, której ambicją było zastąpić ONZ. Stwierdzono w niej między innymi: W historii ludzkości nadszedł etap, kiedy ludy, parlamenty i rządy świata muszą zadecydować o zlikwidowaniu groźby wojny, która wśród tylu innych nieszczęść przynosi w naszej epoce możliwość całkowitego wygaśnięcia rasy ludzkiej (...). My, parlamentarzyści z wielu krajów podejmujemy zadanie zbudowania trwałego pokoju światowego i całkowitego zniesienia wojny. Uroczyście przyrzekamy, że za pośrednictwem naszych parlamentów i rządów będziemy się starali osiągnąć nasz cel, by móc uchronić mężczyzn, kobiety i dzieci świata przed grożącą im zagładą nuklearną. Sposobem dla realizacji tego celu miało być utworzenie: światowego parlamentu, powszechnej władzy wykonawczej, międzynarodowych trybunałów sprawiedliwości i światowych sił porządkowych. Projekt tworzenia ponadnarodowej struktury nazywanej Stanami Zjednoczonymi Europy jest masońskim projektem socjaldemokratów zachodnich.[25]

Jednym z pionierów dzisiejszej Wspólnoty Europejskiej był Józef Retinger (1888-1960), szara eminencja rządu Sikorskiego, mason.[26] Działał we Francji, Anglii, później w Meksyku, gdzie był doradcą tamtejszego rządu. Był najbardziej aktywnym organizatorem Bilderbergu (nazwa pochodzi od hotelu w Oosterbeeck w Holandii, gdzie grupa powstała z inicjatywy księcia Bernharda Holenderskiego), który stawiał sobie wyraźnie cele polityczno - ideologiczne. Dotyczyły one między innymi: stworzenia silnej zachodnioeuropejskiej wspólnoty gospodarczej w ramach szerszej wspólnoty euroatlantyckiej i nowego ładu światowego, opartego z jednej strony na umocnieniu bezpieczeństwa Europy Zachodniej i powstrzymaniu komunizmu, z drugiej zaś - pokojowej koegzystencji ze Wschodem na zasadach przenikania się gospodarek obu systemów.[27]

Podstawą budowania nowego porządku sfederalizowanego świata jest ekonomia. Masoneria już w okresie międzywojennym zauważyła: Interesy ekonomiczne są obecnie rzeczywistą podstawą wszelkich wspólnot narodowych, żadna więc działalność polityczna - wewnętrzna lub zagraniczna - nie powinna odbywać się bez zaciągnięcia opinii przedstawicieli ekonomii i wzięcia pod uwagę ich mądrej i dokładnej oceny. (...) Życie ekonomiczne dostarczy wam podstawy, ale na tej podstawie powinniście wznieść Radę Państw Europejskich.[28]

W dziejach poszczególnych państw można znaleźć bardzo dużo przykładów świadczących o zaangażowaniu się lóż masońskich w polityczną działalność zmierzającą do przejęcia rządów nad danym społeczeństwem. Polityka, osiągnięcie władzy, dominacji, wpływów w organach państwa i organizacjach ponadpaństwowych nie jest jednak samoistnym celem masonerii, ale raczej środkiem do realizacji jej planów. Głównym celem masonerii jest restauracja świątyni przyrody, w której królują wolność, równość i braterstwo. Pod tymi hasłami dokonywane były w przeszłości rewolucje i przewroty społeczne. Te same hasła powracają współcześnie jako obowiązująca doktryna środków masowego przekazu, współczesnej demokracji i mody intelektualnej.[29]

 

Katarzyna Konecka

 


dr. inż. Marian Miłkowski

 

Kilka uwag po powodziach

w lipcu – sierpniu 2001 r.

 

Odczyt z 20 września 2001 r. wygłoszony w Dolnośląskim Oddziale Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”

 

Szanowni Państwo!

Przed czteroma miesiącami, 24 maja zaprezentowałem tu odczyt „Odra w publikacjach prasowych i opracowaniach”, dziś – mając wsparcie znanego już Państwu, siedzącego obok mnie, p. inż. Romualda Siepsiaka, dyrektora Wydziału Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu – zdecydowałem się urządzić swoistą prasówkę, której tłem i kanwą są powodzie, jakie dotknęły nasz kraj, a szczególnie dorzecze górnej Wisły w lipcu i sierpniu br. Przy czym wyraźnie muszę podkreślić, iż – jak nigdy dotąd – było wiele powodzi lokalnych spowodowanych ulewnymi lub dłużej trwającymi deszczami, a w kilku przypadkach były one skutkiem nawałnic (popularnie zwanych oberwaniami chmur). Z reguły jednak powodzie te i olbrzymie szkody są w znacznej mierze spowodowane ludzkimi, najczęściej urzędniczymi, zaniechaniami.

Właściwe też będzie odnotować kilka faktów dotyczących wprost lub także m.in. Dolnego Śląska. I tak np. 11 czerwca 2001 r. zorganizowano naradę nt. Studium modernizacji systemu ochrony przeciwpowodziowej miasta Wrocławia, opracowanego przez kilkunastoosobowy zespół specjalistów z udziałem głównie naukowców z naszej Akademii Rolniczej. Przyjęto w jej wyniku ustalenia sygnowane przez Marszałka i Wojewodę Dolnośląskiego, Prezydenta Wrocławia i Starostę Powiatu Wrocławskiego.

Z kolei 24 lipca br., p. dyr. R. Siepsiak, zorganizował w Urzędzie Wojewódzkim spotkanie: „W 4 lata po powodzi”, niestety ulewny deszcz uniemożliwił tegoż dnia zapoznanie się z odbudowanymi wałami odrzańskimi i jazami (szczytnickim i bartoszowickim). Zapoznanie się z tymi obiektami miało miejsce 31 lipca.

Za bardzo doniosły fakt należy uznać uchwalenie (wreszcie!), 18 lipca przez Sejm prawa wodnego, którego przygotowanie trwało kilkanaście lat i miało ponad 30 (trzydzieści!) projektów – wersji. Nie zostało ono jeszcze opublikowane w Dzienniku Ustaw, a zastąpi prawo z 1974 r. wchodząc w życie od początku 2002 r. Ureguluje ono prawnie gospodarkę wodną kraju dostosowując ją legislacyjnie do wymogów europejskich.

Te lipcowe powodzie, na górnej Wiśle a przede wszystkim nawałnicowe w Słupsku i w Gdańsku – Oruni 9 lipca 2001 r. zmobilizowały nareszcie Sejm do uchwalenia w trybie pilnym 26 lipca ustawy o cywilnej gotowości i zarządzaniu kryzysowym w czasie pokoju! (Przypomnieć tu muszę, że Prezydent RP projekt tej ustawy przedłożył Sejmowi zaraz po powodzi 1997 r.)

Wreszcie w Dz.U. nr 95, poz. 1041, ogłoszony został – z mocą od 7 września 2001 r. – wykaz miejscowości (podobno kilku tysięcy) dotkniętych powodzią oraz skutkami osuwisk i huraganów, które będą mogły liczyć na pomoc państwową.

6 lipca Sejm, 2 sierpnia Senat przyjęli uchwałę o realizacji w latach 2002 – 2015 „Programu dla Odry 2006”. Prezydent ustawę tę podpisał 30 sierpnia br. Jeszcze nie ukazała się drukiem. Jaki los spotka ten program trudno dziś wróżyć, gazety, m.in. „Gazeta Wyborcza” z 16 sierpnia 2001 r. wpisały go na listę ustaw kosztownych dla budżetu i w związku z tym Minister Finansów widzi konieczność zawieszenia wejścia jej w życie ze względów oszczędnościowych, tj. dla ratowania budżetu Państwa od 2002 r., ergo pozostaje zagadką od kiedy rzeczywiście ten – tak długo rodzący się program – wejdzie w etap realizacji.

Przechodząc do problemu powodzi jakie dotknęły nasz kraj w tym roku zaczynam od powodzi w Gdańsku (powódź w Słupsku, przeszła jakby zupełnie nieistotna, ot coś w cieniu Gdańska).

Powodzi gdańskiej poświęcono wiele publikacji, że nie wspomnę o relacjach w TV i radiowych. Najwartościowsze, to te w „Polityce” z 21 lipca 2001 r. i w „Gazecie Wyborczej” z 14-15 lipca 2001 r.

W 6-ciu miejscach został przerwany 600 lat liczący kanał (Lateralny) Raduni. W dniu 28 września 1999 r. zaprezentowano na seminarium w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku opracowany na zlecenie RZGW w Gdańsku „Kompleksowy regionalny program ochrony przeciwpowodziowej doliny rzeki Wisły (z uwzględnieniem Gdańska)”. Autorzy, naukowcy i projektanci, zwracali m.in. uwagę, że kanał ten jest zamulony i mógł przepuścić tylko 22 m3/s wody, a ulewa z 9 lipca 2001 r. dała przepływ 52,8 m3/s. Opracowanie zostało schowane pod przysłowiowe sukno. Nikt nim po 1999 r. nie zainteresował się, prezydent miasta Gdańska – P. Adamowicz stwierdził po katastrofie, że raportu nie znał. W sprawę weszła Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, bo m.in. stwierdzono, że w wałach tego kanału poprowadzono (współczesne!) rurociągi i instalacje, które kładąc musiano te obwałowania naruszyć. Co więcej – wg „Magazynu Gazety Wyborczej” z 16 sierpnia 2001 r. – „Po raz ostatni z kanału spuszczono wodę kilkanaście lat temu. Czyszczono dno w śródmieściu”, s. 51. Na dnie kanału leżały jeszcze 30 lat temu tory kolejki do wywożenia szlamu przy oczyszczaniu kanału, czyszczono go 2 razy rocznie. Ale to było dawno. Później widocznie było to zbędne.

Konkluzja z tego jedna: zlekceważenie możliwości groźby katastrofalnej powodzi. Przypuszczalnie przy rozumowaniu, że w ujściu Wisły to nie może się zdarzyć.

Przyjrzyjmy się innej lokalnej powodzi, a to zalaniu Ostrowca Świętokrzyskiego w nocy z 24/25 lipca 2001 r.

Otóż u ujścia niewielkiej Świśliny, dopływu prawostronnego rzeki Kamiennej, uchodzącego do niej około 8 km powyżej Ostrowca Świętokrzyskiego budowany jest zbiornik wodny Wióry o pojemności całkowitej 35 mln m3 (użytkowej 20 mln m3 i o rezerwie powodziowej 8 mln m3). „Budowany”, to za mocno powiedziane. Był on ujęty w „Programie Wisła” z 1978 r., ale roboty przerwano wkrótce po rozpoczęciu (w 1981 r.) z braku pieniędzy, by podjąć je na nowo 5 lat później. Lecz to nie była kontynuacja robót a zwykłe grzebanie się i pozorowanie robót i fala powodziowa rozmyła nie tamę (zaporę), lecz prowizoryczną grodzę i podwyższona o wodę spiętrzoną tą grodzą runęła do rzeki Kamiennej – już wezbranej – a ta na Ostrowiec Świętokrzyski. Skutek: 500 osób ewakuowanych z podtopionej prawie, połowy miasta, sporo zniszczonych zabudowań i szacunkowo 4 mln zł strat.

Pytanie: dlaczego nas stać na taką realizację inwestycji, tj. z przerwami przez 22 lata?

Będąc zaś już w rejonie świętokrzyskim przypomnijmy, że tuż koło Kielc, ok. 6 km na wschód, na niewielkim zalewie w Cedzynie na Lubrzance (dopływie Czarnej Wody uchodzącej do Czarnej Nidy) szarpano się przez dobę z niesprawną klapą upustową! Z kolei, gdy niszczone były „Wióry” wezbraniem rzeki Świśliny przypomniano, że powyżej Ostrowca, w Brodach Iłżeckich na Kamiennej pracuje od 1964 r. niewielki zbiornik retencyjny o pojemności 7,3 mln m3 i że po ulewach musi on zrzucać szybko wodę.

We wszystkich mediach informacyjnych pokazywano „smaczki” np. taki, że w Sandomierzu, gdzie podobnie jak we Wrocławiu – do wałów przeciwpowodziowych przylegały ogródki działkowe. We Wrocławiu pojedynczy działkowicze (ale i ich prezes) protestowali przeciwko drodze u stóp wału nie bacząc na dobro miasta, zaś w Sandomierzu, w potężniejszych, niż nasze odrzańskie, wałach wiślanych działkowicze pobudowali bardzo zgrabne piwnice! Co więcej, rowy odwadniające zasypywano od lat odpadami, żużlem i popiołem, śmieciami itd. I to wszystko – jak napisała „Polityka” nr 32 z 11 sierpnia 2001 r. (s. 17) – przy „przymykaniu oczu przez włodarzy Sandomierza”.

Zjawisko to, tj. zasypywania sukcesywnego, bezmyślnie, rowów, nie konserwowania ich regularnie, nie koszenia trawy, zaś już tradycyjnego wywożenia wszelkich niepotrzebnych w gospodarstwie sprzętów i odpadów do potoków górskich, tak groźne przy lokalnych nawałnicach – co pokazały lipiec i sierpień br. – skutkowały przemieszczaniem się rzecznych koryt, niszczeniem inflastruktury technicznej i zabudowań, casus Maków Podhalański i inne. I co najdziwniejsze, to lekceważenie konserwacji rowów i kanałów nawet tam, gdzie się z nich dosłownie żyje, bo na Żuławach Wiślanych!

I wreszcie – proszę wybaczyć słowa – kliniczny przykład prywaty i zapatrzenia się w koniec własnego nosa. Oto „Gazeta Wyborcza” z 10 września przyniosła przerażający reportaż J. Sidorowicza: „Nam woda nie grozi” traktujący o powodziowej rzece Uszwicy i o leżących nad nią wsiach Gosprzydowa i niżej Uszew (pow. Brzesko). Uszwica, to prawy dopływ Wisły uchodzący do niej w dół od historycznych Koszyc, w połowie odległości między Rabą a Dunajcem. Autor napisał:

„Uszew leży na równinie wzdłuż drogi (nr 212) z Brzeska do Nowego Sącza. Gosprzydowa – nad nią, na okolicznych wzgórzach.

Wielka woda przychodzi zawsze od strony Gosprzydowej. Niczym walec spada na Uszewskie domy (…) W Gosprzydowej powódź znają bardziej z telewizji niż z rzeczywistości. Koryto rzeki głębokie, domy dalej – porozrzucane po wzgórzach (…)

Gosprzydowa mogłaby uratować niżej położonych sąsiadów. Wystarczy 48 hektarów w dolinie rzeki pod sztuczny zalew, który przejmie nadmiar wody z topiącej Uszew rzeki. Przegrodzenie doliny tamą planowano już w latach 60-tych (…) Odkurzono go 4 lata temu, gdy Uszwica spustoszyła wszystko na swej drodze. Inwestycję wpisano do strategii rozwoju powiatu (…) Jednak Gosprzydowa powiedziała nie.

Rolnicy, którzy na 48 zalewowych hektarach pasą krowy i zbierają siano, zapowiedzieli staroście brzeskiemu, że zbiornika nie będzie, bo za grosze takiej ziemi nie oddadzą (…).”

Właściciele zażądali przynajmniej po 7.000 zł/ar, gdy starosta brzeski uważa, że grunt jest wart może 200-300 zł/ar. Szkody powodziowe w gm. Gnojnik, w której leży Uszew, kosztowały 30 mln zł za ostatnie 4 lata. Bez tegorocznej!

Żadne mediacje, m.in. personalne marszałka województwa – M. Nawary, nie dają żadnych efektów. Również argumentacja naukowców, w tym Elżbiety Nachlik – profesora z Politechniki Krakowskiej.

Przy lekturze informacji popowodziwych w niefachowych dziennikach i tygodnikach nasuwają się m.in. takie oto, wcale nie optymistyczne, uwagi:

a) doświadczyliśmy, jako kraj, ponad 20 powodzi w ciągu miesiąca czasu licząc od 9 lipca 2001 r., przy czym w większości były to zdarzenia lokalne, ale dla dotkniętych miejscowości zawsze niosące zniszczenia i paraliż normalnego życia na długi czas. Na tym tle ponownie zaczęto forsować ideę, jako jedyną, słuszną, budowy (pilnie!) małych zbiorników retencyjnych. Małe zbiorniki to te o pojemności do 5 mln m3. Spróbujmy w bardzo uproszczonym rachunku policzyć jak to się kształtuje relacja mały zbiornik a ulewny deszcz na niezbyt dużym obszarze. Za przykład biorę Polkowice, które zostały, z okolicą, poważnie podtopione w lipcu br. opadami – jak podała TVP – rzędu 120 mm w ciągu niespełna 3 godzin.

Zakładam, że opady te dotknęły tylko połowę gminy Polkowice, tę na wschód od szosy Lubin – Polkowice - Nowa Sól, tj. obszar ok. 18 km2. Otóż na tej powierzchni, zalesionej na południu i ze zbiornikiem szlamów Żelazny Most na wschodzie i z rzeczułką Moskorzynką na granicy północnej (płynąca w kierunku Odry powyżej Głogowa), spadło (18.000.000 m2 x 0,120 m) = 2,160 mln m3 wody, co gdyby nie było retencji leśnej i wsiąkania w grunt oznaczałoby, że ok. 2 mln m3 przejąłby zbiornik. O ile byłby próżny, a deszczu przed i poza tymi 3 godzinami nie było. Co więcej trzeba byłoby znaleźć miejsce pod budowę takiego zbiornika, co wcale nie jest łatwe.

Z drugiej strony warto sobie uzmysłowić, że z takich opadów w ciągu 3 h na obszarze 18 km2, gdyby całość wody spływała jednym korytem, to mielibyśmy w końcowym przekroju przepływ aż 200 m3/s, czyli tyle ile normalnie prowadzi Odra we Wrocławiu – Rędzinie.

Oczywiście lokalizacyjnie sytuacja jest prostsza w terenie górzystym lub pagórkowatym, lecz w tym roku tak w zlewni górnej Wisły (Lachowice, Maków Podhalański) i w Kotlinie Kłodzkiej wystąpiły zjawiska – zdaniem mieszkańców – dotychczas niespotykane: po dłuższym czasie ulewnych opadów zaczynała nagle z lasów płynąć olbrzymia fala wody każdym rowem, obniżeniem itp., a po nasyceniu gruntu wodą – i tym samym po wzroście obciążenia terenu i swoistego upłynnienia – nastąpiły osuwiska gruntów na całych zboczach i to warstwą często 2-3 m!

Wniosek jeden – znany hydrologom i hydrotechnikom – las retencjonuje wodę opadową, lecz gdy chłonność zostaje wyczerpana, zwiększa spływ powierzchniowy. (Z drugiej zaś strony poświadczyło to lekceważenie rozpoznania geologicznego, nieco głębszego, terenów pod budowę domów itp. na zboczach, nawet niezbyt stromych, a także lekceważenie groźby strumyków czy nawet rowów – zwykle nie pielęgnowanych, zasypanych i zarośniętych, po ulewach lub dłużej trwających opadach).

b) nieodpowiedzialność mediów, zwłaszcza gazet – szukających wszędzie i zawsze sensacji – w „edukacji przeciwpowodziowej”.

Ludzie zagrożeni powodzią w sposób ewidentny odmawiali ewakuacji, podjęcia nawet nieco większych zabezpieczeń, argumentując, że „tu nigdy wielka woda nie sięgała, a ponadto to nie idzie powódź 1000-letnia jak w 1997 r.”. Co więcej, dano sporo publikacji jeśli nie bzdurnych to nierzetelnych, casus:

Adam Zubek: „Polskie powodzie” („Magazyn Gazety Wyborczej” z 23 sierpnia 2001 r.) już w podtytule na s. 5 plecie, że powodzie:

„Południe Polski nawiedzają wiosną. Północ zalewają latem. Te katastrofalne <powinny> pojawiać się średnio co 20 lat. W ostatnich stu latach nawiedzały nas jednak jakby częściej.”

Co tu znaczy „powinny” i częstotliwość – bądź co bądź probabilistycznie wyliczona – 20-letnia?

Dalej autor opisuje „Wielkie powodzie w Polsce” poczynając od 1903 r. do 1997 r., często myli fakty i generalnie negliżuje Odrę. Oparł się na popularyzującej książeczce J. Orlewskiego „Alarm trwa!” z 1962 r., gdy od 3 lat mamy, naprawdę świetne, „Monografie powodzi, lipiec 1997”, odrębne dla Wisły i Odry. Nie zabrakło natomiast u niego „polderów – niestety zaniedbanych w okresie powojennym” (s. 6; to o Wrocławiu), a także przemieścił wodowskaz Chałupki do Miedoni itd. itp.

Traktując o „Prawach rzeki” (to odkrycie autora!) epatuje czytelnika: „Trzeba umacniać brzegi, wznosić zapory, ale najkorzystniejsza jest <zabudowa biologiczna zlewni>, czyli maksymalne zalesianie i zakrzewianie. Roślinność to naturalna <gąbka>, która zmniejsza groźbę powodzi, a także przeciwdziała erozji gleb, zapobiega lawinom błotnym i osuwiskom.” Poplątanie prawdy z wyobrażeniami m.in. zalesienie staje się lasem dopiero po ok. 50 latach, czyli zatem przyniesie ochronę naszym prawnukom.

c) jak zwykle, przy każdej katastrofie, nieszczęściu regionalnym czy nawet przy większych przedsięwzięciach inwestycyjnych nasi ekologiści muszą zaistnieć w pierwszym rzędzie bojowników. Oczywiście tylko ich racje są słuszne. I tym razem nie zawiedli i w numerze lipcowo – sierpniowym 2001 r. naczelnego swojego periodyka („Biuletyn PKE”), w artykule: „W przyszłości straty powiodziowe będą rosły” (s. 7) krzyczy się, że „wały nie stanowią 100-procentowej ochrony przed żywiołem”, a zatem należy – co słuszne – „opracować i wdrożyć nowoczesny, zintegrowany system ochrony przeciwpowodziowej (…) Powinien on m.in. obejmować rozszerzanie koryta wielkich wód przez przesunięcie wałów dalej od głównego nurtu rzeki, na wprowadzeniu polderów zalewowych (…).”

I to, pierwszy raz przyszło mi coś takiego czytać, wojujący ekolog – Piotr Nieznański, kierownik projektu WWF „Odra”, łagodzi to kategoryczne żądanie pisząc, że jedynie „tam, gdzie to możliwe przywrócenie rzece terenów zalewowych na obszarach jeszcze niezabudowanych”. A więc gdzie konkretnie?

Od kilku lat, m.in. z udziałem naszego Wojewódzkiego Biura Urbanistycznego opracowywany jest plan przeciwpowodziowego zagospodarowania przestrzennego Nadodrza. Niestety – może ktoś mnie tu skoryguje – nie ma nadal, a powinna być w każdej nadodrzańskiej gminie – mapy zalewu, na obszarze którego byłby zakaz lub specjalne uwarunkowania zabudowy.

d) Inne zagadnienie. Światowa Komisja ds. Zapór (WCD) w ciągu 2 lat kosztem 10 mln $ przeanalizowała pozytywne i negatywne aspekty około 1000 zapór w 79 krajach dając raport: „Zapory a rozwój: Nowe zasady podejmowania decyzji.” Był on przedstawiony przez organizacje ekologiczne na konferencji w Warszawie 6 lipca br. Mówi się o nim obszernie na s. 7 wspomnianego „Biuletynu PKE”, Kraków – lipiec/sierpień 2001 r. I wszystko byłoby O.K., lecz gdy się sięgnie po fachowy miesięcznik „Gospodarka Wodna” nr 8/2001 i zapozna się z ponad dwu szpaltową informacją Z. Bagińskiego, to okaże się, że „Biuletyn PKE” eksponuje raczej stanowisko radykałów, gdy „GW” prezentuje także zastrzeżenia chwaląc jednocześnie raport. Czyli nihil novi sub sole, albo jak z opiniami dwóch ekspertów wysłanych do Afryki dla sporządzenia opinii czy będzie tam zbyt na buty.

e) W „Rz.” z 3 sierpnia red. K. Forowicz woła w nadtytule, że „ponad połowa zapór wodnych liczy 50 i 100 lat. 2000 km wałów jest w złym stanie technicznym”, ale podobne konstatacje znaleźć można i w innych publikacjach i jakoś nie ma po nich żywszej reakcji społeczeństwa. Czyżbyśmy się już na to uodpornili? Przeraża mnie to, ale po lekturze dalszej części artykułu zaczynam się zastanawiać: dokąd uciekać? kiedy kraj nasz dosięgnie apokalipsa we współczesnym, powodziowym wykonaniu?

Podaje ona, że:

„Pełne rozpoznanie stanu technicznego budowli hydrotechnicznych: zapór wodnych, zbiorników, jazów, obwałowań wzdłuż rzeki zawiera raport przygotowany przez Główny Urząd Nadzoru Budowlanego w lutym tego roku, przedstawiony podczas posiedzenia Komitetu Spraw Obronnych Rady Ministrów (…) Główny Komitet Przeciwpowodziowy nie dysponuje tym raportem.

- Nie mamy do niego dostępu – zapewnia też Piotr Rutkiewicz, dyrektor Dep. Zasobów Wody w Ministerstwie Środowiska (…)

Raportu nie udostępnimy dziennikarzom – zaznacza wiceprezes Urzędu, Jerzy Putkiewicz (…).”

O co tam chodzi? Dlaczego ten raport jest tak poufny i niedostępny, skoro wiadomo, że dotyczy 1.714 obiektów hydrotechnicznych i ok. 8.000 km obwałowań (z tego 1.938 km w złym stanie).

Czy to nie w tym kontekście należy umieścić wypowiedzi Macieja Musiała, ministra – szefa Kancelarii Prezesa RM (vide „GW” nr 8/2001, s. 316), że „powodzi nie da się uniknąć”, a także Ryszarda Grosseta, zastępcy szefa Obrony Cywilnej Kraju („Polityka” z 4 sierpnia 2001 r., s. 16), że „Przed powodzią się nie uchronimy w naszej szerokości geograficznej. Dlatego ważna jest profilaktyka, system monitorowania i wczesnego ostrzegania.”

Ale czy my mamy tym się zadowolić? Na ile możemy być spokojniejsi o jutro, o życie za rok, czy może dopiero za 10 lat?

f)  Na zakończenie 3 krótkie informacje:

1) rozpisano przetarg na „Studium drogi wodnej Odry na odcinku Koźle – Ostrawa przy uwzględnieniu etapowej realizacji zbiornika Racibórz (do 290 mln m3) oraz obiektów ochrony przeciwpowodziowej doliny Odry od Raciborza do Koźla” z terminem złożenia ofert do 18 bm.;

2) w dniu 19 października 2001 r. w hotelu Park – Plaza odbędzie się V Międzynarodowe Kollokwium Odra 2001 nt. Rola odrzańskiej drogi wodnej w europejskiej sieci dróg transportowych (z 10-ma niemieckimi i polskimi referatami);

3) ukazała się broszura GUS: „Żegluga śródlądowa w Polsce w latach 1996 – 2000” (edycja polsko – angielska, 10 zł).

 

I jeszcze dwie smutne „michałówki”:

1) „Polityka” nr 33/2001, s. 29, opublikowała artykuł prof. P. Stępnia z Uniwersytetu Warszawskiego m.in. piszącego o „zasługach in minus” br. – min. R. Gawlika w dziedzinie badań genetycznych;

2) z kolei wszystkie gazety codzienne z 7 bm. szeroko zrelacjonowały jak za 50.000 USD + 240.000 zł stowarzyszenia ekologiczne odstąpiły od protestów w Łodzi.


 



[1] LE, 4

[2] LE, 1

[3] LE, 9

[4] LE, 10

[5] LE, 12

[6] LE, 14

[7] LE, 15

[8] LE, 19

[9] LE, 24

[10] LE, 25

[11] LE, 26, za: Gaudium et spes, 35

[12] LE, 27

[13] S. Załęski, O masonerii w Polsce od roku 1738-1822, cz. 1. Dzieje masonerii w Polsce, Kraków 1908, s. 4-7, cytat za: A. Zwoliński, op. cit., s. 45.

[14] J. Shaw, T. McKenney, Śmiertelna pułapka, Gdańsk 1993, ss. 161-162, 169-170.

[15] J. Paczyński, Groźne widmo rewolucji światowej, Tarnów 1934, s. 90.

[16] R. Gładkowski, Kandydatom na polityków, Toronto 1986, s. 17-19, w: A. Zwoliński, op. cit., s. 47.

[17] Por. R. Gładkowski, Magnum delirium, Toronto 1989, s. 25-29. Idea utworzenia stanów zjednoczonych Europy (Paneuropy) ma źródło masońskie. Między ruchem politycznym, znanym pod nazwą Paneuropa, a masonerią istnieje ścisły związek. Prezydentem unii Paneuropa był dr Richard Nicolaus Coudenhove- Kalergi, którego przynależność do masonerii potwierdziła „Wiener- Freimaurerzeitung”. Za: A. Zwoliński, op. cit., s.47.

[18] Od Europy chorej - do Europy marzeń. Rozmowa z Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Francji, Gilbertem Abergel. Rozmawiał Adam Witold Wysocki, Wolnomularz Polski nr 3 (bez daty wydania), s. 3, za: S. Krajski, Masoneria polska i okolice, Warszawa 1997, s. 189-190.

[19] Kronika ważniejszych międzynarodowych spotkań masońskich za lata 1900- 1931 podana w: E. Lenhoff, O. Posner, Internationales Freimaurerlexikon, Zurych - Lipsk- Wiedeń, 1932, s. 48.

[20] Idea Stanów Zjednoczonych Europy przyszła z Ameryki i od początku traktowana była jako etap na drodze do utworzenia Stanów Zjednoczonych Świata. Już w 1917 roku w masońskim czasopiśmie American Freemason z czerwca i lipca (s. 304) brat Morcombe pisał: To nie wielka Mitteleuropa da inspirację i przykład demokratycznej wspólnoty narodów, Stanów Zjednoczonych Świata, Federacji Światowej (...), ona zostanie ustanowiona na szerokiej podstawie woli i sumienia narodów, za: A. Zwoliński, op. cit., s. 79.

[21] R. Gładkowski, Myślącym pod rozwagę, Toronto 1984, s. 18.

[22] Za: A. Zwoliński, op. cit., s. 79.

[23] Cytat za: A. Zwoliński, op. cit., s. 79-80.

[24] Tamże.

[25] S. Sopicki, Stany Zjednoczone Europy, Prąd, R. XIV: 1926, nr 2, s. 89-95; P. Virion, Czy już wnet rząd światowy, anty i super Kościół?, Paryż 1967, s. 61-127; R. Gładkowski, Adveniat regnum tuum, Toronto 1990, s. 93; J. Narbutt, Błąd w rachunku sumienia, Ład, 11 VII 1993, nr 24, w: A. Zwoliński, op. cit., s. 80.

[26] Zob. też: J. Ośko, Józef Retinger - tajny integrator, Nasz Dziennik, 25 maja 2000, nr 121 (707), s. 5.

[27] A. Arciuch, Kto rządzi światem?, Spotkania, 24 XII 1992– 6 I 1993, nr 52-53, s. 16-17; por. J. H. Retinger, Polacy w cywilizacjach świata, Gdańsk 1991.

[28] Cytat za: A. Zwoliński, op. cit., s. 83.

[29] Tamże.